ulewa

Pod namiot? Nie polecam

No chyba, że ktoś lubi wypoczywać w spartańskich warunkach… Ja nie!

Wakacje pod namiotem w ciepłym kraju – takim jak Chorwacja – mogą kojarzyć się z młodością, przygodą, możliwością obcowania z przyrodą, romantyzmem, luzem i błogim nic nierobieniem. Być może…

Z pewnością ze względu na większe prawdopodobieństwo słonecznej pogody są lepszym pomysłem niż wypad pod namiot w Polsce. Choć nie do końca. Jak przekonałam się niestety na własnej skórze, że i w Chorwacji może zaskoczyć oberwanie chmury, którego skutki zarówno dla namiotu, jak i spędzających w nim urlop (czyli mnie), były opłakane.

Prapratno – niby raj na ziemi. Uroczy kemping położony przy pięknej piaszczystej plaży usytuowany w oliwnym gaju, gdzie codziennie można posłuchać koncertu cykad. Widoki jak z bajki. Ale jest i jeszcze druga strona medalu – ta nieco mniej błyszcząca. Kemping leży w czymś na kształt wąwozu, dolinie, otoczonej górami. W przypadku deszczu cała woda z tych gór spływa właśnie do tej doliny i jest spore, a nawet duże prawdopodobieństwo, że wleje się prosto do naszego namiotu. Podłoże nie chłonie wilgoci i po chwili nasze materace wypływają z błotnistą cieczą poza namiot. Pościel, materace – wszystko mokre, brudne, a człowiek stoi po kostki w tym bagnie i czuje się niczym biedny rozbitek na morzu. Ciekawe zjawisko przy okazji tamtejszych ulew można zaobserwować w sąsiednim Stonie. Piękne zabytkowe miasteczko zamienia się wówczas w niemal podwodną Atlantydę. Ulicami leje się woda przypominająca rwącą rzekę, w której brodzimy prawie po kolana. Gdyby nie fakt, że skutki tego zjawiska do najprzyjemniejszych nie należą, byłoby całkiem interesująco.

Pech chciał, że „przygoda” ta spotkała mnie tam aż dwa razy. Za pierwszym – na szczęście ostatniej nocy. Drugim razem w połowie pobytu. Byliśmy zmuszeni szukać kwatery, żeby spędzić godnie dalszą część wakacji. – Ty to faktycznie masz pecha. Coś co nas tam nigdy nie spotkało – ciebie po raz drugi – usłyszałam w telefonie dodający otuchy głos mojej mamy. Fakt, nic tylko się rozpłakać! Można by pomyśleć – po co jechaliśmy tam drugi raz? Lecz z pewnością nikt nie spodziewałby się, że jak już coś takiego przydarzyło się nam raz, przydarzy się ponownie. A jednak – nasza przezorność nas zawiodła.

Poza „wodnistym” zdarzeniem namiot mnie nie kręci też z innych powodów. Kiedy raz wyszła nam spod materaca wielka stonoga, omal nie zeszłam na zawał serca. Każdy podmuch wiatru, szelest jest słyszalny w 100%. Kiedy ktoś ma marny sen, nie śpi całe noce. Można by jeszcze długo wymieniać niedogodności, jakie niesie ze sobą spanie w namiocie.

- To co? W przyszłym roku też pojedziemy pod namiot? – spytał po powrocie do domu mój mąż – wielki wielbiciel biwakowania. – Chyba nie mówisz poważnie Shrek! To nie są warunki dla królewny! – odpaliłam.

Piękno Chorwacji, choć niezaprzeczalne, we mnie wzbudza tylko wspomnienie zalanego namiotu. A tak na marginesie – cud, że żyjemy, bo kable doprowadzające do naszego obozowiska prąd, były podpięte.

Hanna Grabowska-Macioszek