Jawornik

Kiedy pojedziemy do pana Władzia?

Co znaczy żyłka podróżnicza? Nieodparta chęć wyjazdu. Cóż się dziwić, jacy rodzice – taka córka.

 

- A kiedy pojedziemy do pana Władzia? – pyta mnie przynajmniej raz dziennie moja mała Pani W. – A jutro? – docieka zniecierpliwiona, kiedy odpowiadam, że już niedługo, bo zaraz po świętach… – A kiedy to będzie – nie daje za wygraną. Tak to jest. Przyzwyczajona od małego do częstych podróży, nie potrafi za długo wytrzymać w domu i byle jaki wyjazd – choćby na jeden dzień – nie zadowala jej apetytu na nowe przygody, a szczególnie te u pana Władzia.

Osławiony pan Władzio, znany z artykułów o Jaworniku, gospodarz jest najmilszym kierunkiem wypraw mojej córki. Tak dobrze, jak w obrębie jego gospodarstwa, nie czuje się nigdzie indziej. A podobno tym razem na mojego małego podróżnika czeka już śnieg. Nie trudno wyobrazić sobie tego szaleństwa w białym puchu.

- A gdzie są moje narty? – dopytuje się z zaniepokojeniem Pani W. – Kiedy odpowiadamy, że leżą u babci na strychu,  pyta z jeszcze większym niepokojem.  – To kiedy tatuś po nie pojedzie, bo przecież już niedługo pojedziemy do pana Władzia.

Z pewnością do wyjazdu na zimowy wypoczynek z dzieckiem trzeba przygotować się zupełnie inaczej, niż na wojaże w lecie. Po pierwsze należy zaopatrzyć się w odpowiednio ciepłą i najlepiej nieprzemakalną garderobę. Jeśli niestety chłonie wodę, należałoby zabrać ze sobą drugi komplet na zmianę. A zatem po dwie pary rękawic (najlepiej nie wełnianych), butów, spodni z kombinezonu. Przyda się z pewnością druga czapka i kurtka. Co poza tym? Wszystko, co przydaje się do zabawy na śniegu: sanki, tak zwane „dupoloty”, a jeśli ktoś chce z malucha zrobić narciarza, tak jak to jest w naszym przypadku, to oczywiście narty. Ale najpierw trzeba przywieźć je z babcinego strychu.

D nart: ciepłe skarpety, buty narciarskie, kask i kijki. Wiem, że obecnie panuje jakaś dziwna moda, że uczymy się jeździć bez kijków, jednak jak tradycyjna, stara dobra szkoła uczy, najlepiej i najszybciej nauczymy się jeździć na nartach, używając kijków przy skręcaniu. No bo potem jedzie taka sierota bez kijów, ledwo na tych dechach się trzyma, ale twardo gna bez kijów, bo taka moda, więc trzeba szyku zadać – tragiczny widok. A wiadomo przecież: kijek i skręt, kijek i skręt. Jak ktoś pozna, przyswoi i weźmie sobie do serca tę zasadę, to prędzej, czy później będzie śmigał na nartach, jak złoto. Tak jak moja Pani W.

Hanna Grabowska-Macioszek