Istria

Kawałek szmaty

Podobno jeśli ktoś widział chorwacki Półwysep Palješac, żaden inny obszar Chorwacji, nie będzie go w stanie zachwycić. Ośmielam się nie zgodzić!

 

Północ Chorwacji, rozpościera przed turystą zupełnie inny krajobraz, niż część południowa kraju. Na pewno nie uświadczymy tu między innymi błota po kostki, kiedy zaleje nas ulewa pod namiotem w przeuroczym miasteczku Ston! Stali Czytelnicy Gońca Górnośląskiego na pewno pamiętają moje chorwackie przygody związane z biwakowaniem, kiedy to cudem uszliśmy z życiem, bo zalane wodą kable doprowadzające prąd do namiotu, były podpięte.

Abstrahując od takich sytuacji, Północ Chorwacji w moim odczuciu jest bardziej surowa, majestatyczna, uporządkowana. Południe to luz, lekki rozgardiasz, dzika przyroda i ten niezwykły nadmorski turkus. Biorąc pod lupę Istrię mogę śmiało powiedzieć, że Chorwacja odczarowała się dla mnie po poprzednich pobytach.

Istryjskie miasteczka to głównie takie z niedużymi portami, w których chętnie bytują mewy, zawijają efektowne jachty, kutry i inne pływające pojazdy. Obraz ten przywołał w myśli widoki znad naszego Bałtyku. Gdyby nie znaczna różnica temperatur wody (!), powietrza i wszechobecne słońce, byłoby całkiem podobnie. Promenady wzdłuż starego miasta przy porcie idealnie nadają się na rodzinny spacer, bądź przejażdżkę rowerową, bo ścieżek dla dwóch kółek tu nie brakuje.

To, co jest jakimś tam mankamentem, to niestety przewaga plaż kamienistych, bądź całych betonowych tarasów, z których do wody schodzimy po drabince, niczym do basenu. Na pewno przydają się specjalne buty do wody, by ochronić nasze stopy przed urazem.

Miasteczka zachwycają charakterystyczną zabudową, wąskimi uliczkami, kamiennymi kamieniczkami. Na pewno jest na czym oprzeć oko.

Podsumowując, mnie Północ Chorwacji urzekła.

Nie obyło się oczywiście bez niespodzianek, bo pewnej nocy (na szczęście dwa dni przed odjazdem) zniknął nasz hamak. Cały pobyt wisiał spokojnie pomiędzy drzewami przed naszym domkiem, dając nam chwilę błogości po powrocie z plaży, aż tu nagle – nie ma! Zdarzenie co najmniej niecodzienne! Do tej pory trudno mi uwierzyć w to, że ktoś mógł się połasić na kawałek starej szmaty, bo nasz hamak do najnowszych nie należał. Przyznam też, że nigdy nie był prany – któż bowiem prałby hamak? Kradzież z kategorii dziecięcego psikusa. No ale cóż – dla nas strata bolesna, bo odpoczynek w hamaku to przecież prawdziwa bajka, a dla złodzieja – „cenna” zdobycz za 30 zł.!? A korzystać z czyjegoś hamaku nie pierwszej świeżości? Wątpliwa przyjemność. Jak dla mnie sytuacja absurdalna rodem z jakiegoś kabaretu.

Pozostawiając do przemyślenia fakt, co Wam Drodzy Czytelnicy zginęło kiedyś w trakcie wakacyjnego wypoczynku, życzę udanych dalszych wyjazdów, bez kradzieży!

Hanna Grabowska-Macioszek