Promnice

 

Tym razem chciałabym polecić wycieczkę, która na pewno będzie niebywała atrakcją dla wszystkich miłośników polowań  i uroków, jakie niegdyś za sobą niosły łowieckie wyprawy.

 

Już od momentu, gdy przejeżdżamy przez bramę wjazdową, prowadzącą do myśliwskiego Zameczku w Promnicach (Książąt Pszczyńskich), wydaje nam się, że przenosimy się w czasy, kiedy to po tyskiej puszczy wraz ze swoją świtą polował książę pan.

Do Zameczku Myśliwskiego w Promnicach można dojechać z Katowic, przemieszczając się drogą ekspresową E75 (droga krajowa numer 86 – należy nadmienić, że ostatnimi miesiącami jazda nią to nielada wyczyn ze względu na żółwie tempo robót drogowych nawierzchni, czy licho wie czego tam jeszcze. Krótko mówiąc szczególnie w dni powszednie w godzinach szczytu lepiej omijać!) Z Tychów, jeśli jazdę rozpoczniemy już za rozkopanym fragmentem, dojazd do Promnic to około 15 minut.

To miejsce otoczone z każdej strony dzikimi ostępami leśnymi. Jeśli ktoś nie ma orientacji w terenie, lepiej niech nie zapuszcza się na samotną penetrację. Niechybnie się zgubi, a spędzenie nocy w takim otoczeniu z pewnością może przyprawić o szybsze bicie serca. Na szczęście może liczyć na wsparcie rowerzystów. Tamtejsze liczne ścieżki są przez nich oblegane (ale raczej za dnia). Niewątpliwie można jednak tam naprawdę odpocząć z dala od miejskiego zgiełku, poczuć więź z przyrodą i rozkoszować się widokiem pobliskiego jeziora. Pomimo upływu wielu lat zameczek zachował swój pierwotny wygląd z 1868 roku. Drewniane stropy, schody i podłogi pozostają w niemal nienaruszonym stanie. Co może dziwić, wszak w mieszczącej się obecnie w zameczku restauracji niezwykle chętnie organizowane są wesela, komunie i inne imprezy okolicznościowe.

Pomieszczenia znajdujące się na I i II piętrze zajmowała przed laty rodzina książęca i jej goście (teraz są to pokoje hotelowe).

Obejście dookoła obiektu zachwyca niepowtarzalną przyrodą i estetycznym schludnym wyglądem.

Przebywając z Promnicach można poczuć atmosferę zabaw dawnych książąt. Ja tak właśnie się czułam. Po długim spacerze po lesie wspólnie z mężem postanowiliśmy zajrzeć do zameczku, by posilić się w tamtejszej restauracji, a przy okazji zwiedzić zabytkowe wnętrza.

Już przy samym wejściu naszą uwagę przykuł „groźny” napis: „Zwiedzanie obiektu możliwe tylko z zewnątrz”. – Szkoda – pomyślałam, ale nie zniechęcona zakazem, stwierdziłam, że jednak spróbuję zajrzeć do środka. Pech chciał, że akurat wszystkie sale były zarezerwowane i odbywały się w nich imprezy. Nie zdążyłam nawet przekroczyć progu, gdy niczym dziki ryś, doskoczył do mnie kelner i niby bardzo uprzejmie fuknął: „Mamy rezerwację! Lokal zamknięty!” Siląc się na najpiękniejszy uśmiech, na jaki mnie stać i największą uprzejmość, przez zaciśnięte zęby wybąkałam: „O widzę, przepraszam”, po czym odwróciłam się na pięcie i wyszłam w myślach urągając „życzliwemu” i „szarmanckiemu” kelnerowi. W efekcie czułam się co najmniej jakbym zjadła cytrynę. Cóż, mieć przyjęcie z taaaaaaaką obsługą…”marzenie. Na pewno żaden intruz nie zakłóci wtedy biesiadowania. Pan kelner się o to postara. Oj, niczym lew rzuci się na każdego nieproszonego gościa.

Cały czar minionej odległej epoki hucznych polowań, zabaw i pikników pękł niczym bańka mydlana. Poczułam, że chcę z tamtąd jak najszybciej wracać, tym bardzie że byłam już bardzo głodna. Promnickie propozycje z karty dań, aczkolwiek bardzo wykwintne i kuszące, to są bardzo bardzo drogie. Uważam, że za drogie nawet jak na takie jedzenie i w takiej restauracji. W końcu to tylko Promnice – jakiś mały zamuś pod Tychami.

Być może ktoś kto odwiedzi Promnice będzie miał więcej szczęścia niż ja i nie natrafi na rezerwację lokalu. Wtedy na pewno kelner będzie się kłaniał w pas, polecając smakołyki myśliwskiego menu. Ponadto niekoniecznie trzeba tam jeść. Sądzę, że obiekt zyskałby na sławie i atrakcyjności, gdyby można go było zwiedzić w środku. Jasne, że obecne jego funkcje użytkowe – restauracja i hotel – mogłyby z tym nieco kolidować. Ale choćby raz w tygodniu obecni włodarze, mogliby taką uprzejmość uczynić. A jeśli nie to zawsze można zwiedzić go Z ZEWNĄTRZ! A szczególnie atrakcyjna będzie przejażdżka rowerem, bo ścieżek tam pod dostatkiem, dla każdego i nikt nas z nich na pewno nie wyrzuci.

Ulubiona siedziba Daisy

 

Zameczek Myśliwski w Promnicach został wybudowany w dawnej Puszczy Pszczyńskiej w 1861 roku, powstawał w latach 1760-1766. W 1867 roku w trakcie jednego z polowań obiekt spłonął. Rok później został odbudowany i w kształcie z 1868 roku zachował się do dziś.

Zameczek powstał dzięki Janowi Adamowi z Rodu Promniców, którzy wywodzili się z starośląskiej szlachty. Ród ten od 1548 roku władał Ziemią Pszczyńską. W połowie XIX wieku właścicielem Promnic został książę Jan Henryk XI Hochberg z Pszczyny. Zameczek Myśliwski szczególnie upodobała sobie żona Jana Henryka XI, Maria Teresa Cornwalis West, zwana Księżną Daisy. Lubiła odwiedzać myśliwską rezydencję i odpoczywać na łonie natury. Z wyjątkowym sentymentem wspominała organizowane z Promnicach rodzinne polowania i pikniki, a także wielkie wykwintne przyjęcia. Podobno tylko tu czuła się naprawdę szczęśliwa. Z wielką pasją oddawała się dekorowaniu zamkowych wnętrz, doglądała, by były odnowione i pięknie wyposażone.

Ponadto w promnickim zameczku bywali między innymi  król Prus Fryderyk, cesarz Niemiec Wilhelm II oraz car Aleksander II.

Myśliwska siedziba Promniców położona jest nad Jeziorem Paprocańskim w gminie Kobiór. Projekt wykonał nadworny architekt Promniców Jan Jahne z Żar koło Żagania, zaś wykonawcą tej prawdziwej prawdziwej  architektonicznej perełki został mistrz murarski Jan Dreisler i mistrz ciesielski Christian Fritze. Kamień, który wykorzystano do budowy zameczku czerpany był z kamieniołomu w Orzeszu. W budowli widać charakterystyczne dla niemieckiego budownictwa XIX wieku wpływy – na przykład mur pruski (rodzaj ściany szkieletowej o drewnianej konstrukcji zwanej też szachulcową lub fachówką – z niemieckiego Fachwerk -  wypełnionej murem z cegły, gruzu, czasem gliny i trzciny. Drewniana konstrukcja może być traktowana jako element dekoracyjny. Stosowany był w budownictwie mieszkalnym i gospodarczym głównie w Europie Północnej, w Anglii, Niemczech, Francji, Holandii, Danii i Szwecji. W Polsce tego typu budowle występują szczególnie na Kaszubach, na przykład Helu. Na terenie posesji promnickiego zamku znajdują się wozownia, stajnia  oraz leśniczówka – obiekty wzniesione w XIX wieku.  Obecnie w zameczku Hotel Noma Residence.

 

 

 

 

 

Istebna

Podróże to jedna z moich wielkich pasji. Poznawanie nowych miejsc, zwiedzanie zabytków to forma wypoczynku, który preferuję najbardziej. Tym razem postanowiłam wybrać się do Istebnej, w której byłam niegdyś jako dziecko, ale tylko przejazdem. Z opinii znajomych, którzy Istebną odwiedzali wielokrotnie, dowiedziałam się, że nie ma lepszego miejsca na krótka wycieczkę na weekend.

 

Przed wyjazdem mój mąż dokonał czegoś, co teoretycznie wydawało się niemożliwe – zarezerwował nam nocleg – w sezonie wakacyjnym graniczy to niemal z cudem. Szczególnie w Istebnej, która latem jest tłumnie odwiedzana przez całe rzesze turystów i miłośników gór. Poza tym gospodarze rzadko kiedy chcą wynajmować komuś pokój na jedną noc. Z organizacyjnego punktu widzenia jest to dla nich mało opłacalne – muszą na przykład zmienić pościel i posprzątać tylko na jedną dobę. Ci bardziej cwani, albo leniwi, proszą o przywiezienie własnej pościeli. Ale miły głos w słuchawce telefonu oznajmił ku naszej radości, że znajdzie się nocleg w istebniańskim Gospodarstwie Agroturystycznym.

Pojechaliśmy. Istebna znajduje się 7 kilometrów od Wisły, więc droga z Katowic zajmuje ok. 2 godzin jazdy. Po wyjechaniu z Wisły całkiem niezła droga zmienia się nagle w kotłowaninę serpentyn, co dla kogoś kto cierpi na chorobę lokomocyjną jest trudne do wytrzymania. Nie polecam! Miejscowość należy do trójwsi, w której skład poza Istebną wchodzą Jaworzynka oraz Koniaków. Warto przy okazji pobytu w Istebnej odwiedzić te pozostałe, bo powiem szczerze, że pobyt w samej Istebnej do zbytnio atrakcyjnych nie należy. Chyba, że ktoś rezerwuje pobyt w tamtejszym niedawno wybudowanym przez przebogatego przedsiębiorcę kompleksie wypoczynkowym. Wówczas atrakcji mu z pewnością nie zabraknie, a nawet może poczuć lekki przesyt. Jednak kiedy my wybieraliśmy się w tamte okolice o nowoczesnym obiekcie nie było ani słychu, ani widu, poza tym pobyt w nim słono kosztuje.

Kiedy docieraliśmy do celu mój mąż stał się nagle bardzo nerwowy. Gdy zapytałam co się dzieję, poinformował mnie, że zapomniał zapisać telefonu do naszej gaździny, nie pamiętał też nazwiska. Miał przy sobie jedynie adres. Co z tego, skoro w Istebnej była tylko jedna ulica, a domy „dostawały” swój numer w momencie powstawania, zatem koło numeru 2 mógł znajdować się numer 100.

Byliśmy zgubieni. „Co robić?”- zastanawialiśmy się. Informacja turystyczna w centrum Istebnej była oczywiście zamknięta. Po chwili przemyśleń mój mąż udał się na probostwo. Ksiądz proboszcz w swoim zeszyciku szybko odnalazł adres naszej gospodyni, podał nazwisko i wytłumaczył jak dojechać do celu. Niewątpliwie był w tym palec boży.

Po drodze mijaliśmy piękne pola uprawne i kwieciste łąki. Nagle naszym oczom ukazało się osiedle – blokowisko! Szok! Nigdy nie przypuszczałabym, że wśród lasu i bądź co bądź dziczy wyrosną nagle wielkie bloczyska. Jak się później dowiedzieliśmy, osiedle to powstało przed laty, jako lokale mieszkalne dla pracowników pobliskiego Wojewódzkiego Centrum Pediatrycznego Kubalonka.

„Nasze” gospodarstwo znajdowało się na szczycie Kubalonki, jednak można tam było dojechać bez problemu samochodem. „Biorąc pod uwagę nasze wcześniejsze podróże i rezerwacje noclegów (np. w Jaworniku), to stromizny nas prześladują” – pomyślałam. „Znów dostanę zadyszki” – zmartwiłam się. Naszym oczom ukazał się niepozorny parterowy domek z poddaszem. To co od razu przykuło moją uwagę to liczne znajdujące się na posesji ule. „Cudownie” – pomyślałam. – „Przecież mam alergię na ukąszenia i jad pszczeli, tylko czekać aż mnie użądli jakaś zjadliwa bestia” – panikowałam w myślach. Na szczęście obyło się bez tego typu ekscesów.

Miła pani gospodyni zaprowadziła nas do naszego lokum. O zgrozo! Była to maleńka kańciapa, w której mój mąż nawet nie mógł się swobodnie wyprostować. Przygotowana pościel wyglądała tak, jakby przed chwilą ktoś w niej spał – poplamiona poduszka, a kołdra… z pewnością nie była pierwszej świeżości (dobrze, że było ciepło i nie musieliśmy się nią przykrywać). Jednak największe odruchy wymiotne wywoływało wyposażenie kuchenne. Talerze były tak stare, ze wydawały się permanentnie brudne. Nie rozpakowując walizek, szybko zamknęliśmy pokój i pojechaliśmy nad rzekę. Tam spędziliśmy całe popołudnie. O powrocie do naszej hacjendy myśleliśmy niechętnie. W końcu jednak trzeba było tam wrócić. Po drodze jeszcze wybraliśmy się do sklepu, który także nie wzbudził naszego zachwytu – ot zwykły wiejski sklepik, w którym skarpetki sąsiadują z kiełbasą, szamponem i pastą do butów. Nie mając specjalnie innego wyjścia, zrobiliśmy w nim zakupy. Następnie udaliśmy się w poszukiwaniu jakiejś miłej knajpki, w której można by zjeść obiad. Z tego względu, że mieliśmy w planach wieczornego grilla, zjedliśmy tylko żurek, który był wyjątkowo smaczny.

Zwiedzając Istebną, spotkaliśmy szalonego biegacza po górach, który jednak wyglądał tak jakby za chwilę miał się przewrócić z wyczerpania – nic dziwnego – taki upał! W knajpie „od żurku” dwaj zapaleni rowerzyści – modnie ubrani w profesjonalne kolarskie ciuchy, prezentowali się tak, jakby co najmniej za chwile mieli wyruszyć na Tour de France. Ich stan jednak nie wskazywał na to, by udało im się dojechać gdziekolwiek.

Noc była dla mnie trudna. Nie mogłam zasnąć, wyobrażając sobie, że w takich warunkach z pewnością „załapie” jakiegoś „świerzba”, albo pchły.

Wstałam niewyspana, połamana (łóżko było twarde i wąskie) i zła. Humor poprawiła mi nieco pyszna jajecznica i przyjemny chłód, jaki panował na zewnątrz. Po sobotnim upale nie było śladu. Pogoda była więc idealna na wyprawę w góry.

Obraliśmy szlak prowadzący przez osiedle Kozińce do Wisły. Podejście było łatwe, niemal całe wyłożona asfeltem – całe szczęście, bo oboje z mężem mieliśmy charakterystyczne dla niedzielnych turystów sandały. Ale żeby dotrzeć do Wisły, trzeba się było nieźle nadreptać. Droga zajęła nam 5 godzin.

Głodni i zmęczeni dotarliśmy do jednej z przydrożnych restauracji. Obiad był pyszny, tylko szkoda, że w sałatce z buraków znalazłam włosa.

Do Istebnej wróciliśmy już autobusem. Byliśmy wykończeni.

W drodze powrotnej do Katowic zatrzymaliśmy się jeszcze w lesie i mój mąż nazbierał cały półlitrowy garnuszek jagód, z których po powrocie do domu, zrobił wspaniałe pierogi z jagodami. Mniam.

Międzybrodzie Bialskie i Międzybrodzie Żywieckie

Temperatura była trudna do zniesienia już w piątek, a prognozy pogody na nadchodzący weekend nie napawały optymizmem. Ilość stopni, którą miały wskazywać termometry, była przerażająca. Spędzenie weekendu w mieście równało się niemal z pewnym udarem cieplnym, o słonecznym już nie wspominając. Jedynym ratunkiem był zatem wypad nad jezioro.

 

- Trzeba uciekać z tego miejskiego upału – stwierdził, wrzucając do walizki slipy kąpielowe, mój mąż.

Wczesnym sobotnim rankiem wyjechaliśmy w drogę, kierując się nad Jezioro Żywieckie. Podróż była męcząca, bo choć było bardzo wcześnie i nasza „windowklima” pracowała na pełnych obrotach, upał dawał się już we znaki.

Po niecałych dwóch godzinach jazdy dotarliśmy na miejsce. Po drodze mijając Mysłowice, Imielin, Chełm Śląski, kierowaliśmy się na Oświęcim i Kęty.

Międzybrodzie Bialskie to miejscowość położona jakieś 15 km. od Kęt. Natomiast Międzybrodzie Żywieckie znajduje się 1,5 km. od Bialskiego. Oba można powiedzieć łączy Jezioro Międzybrodzkie, które z kolei, jak pokazuje mapa, łączy się z Jeziorem Żywieckim. W praktyce wygląda to nieco inaczej. Wybudowana tam ogromna zapora oddziela od siebie dwa zbiorniki. Obie miejscowości są bardzo popularnym miejscem wypoczynku zarówno w lecie jak i w zimie.

Wokół rozpościerają się piękne widoki. Nad jeziorem majestatycznie króluje Góra Żar, na którą można wjechać kolejką linową. Na szczyt prowadzi też szlak, jednak pieszych wypraw w taki upał, szczególnie nie polecam. Co prawda w wagoniku temperatura też nie należy do specjalnie niskich, jest niewątpliwie bardziej znośna od tej panującej na zewnątrz. Choć zapaleńców nie brakowało. Dreptali dzielnie na szczyt ubrani jak prawdziwi zdobywcy turystycznego szlaku: wielkie plecaki na plecach, ciężkie buty. Uff! Należy zaznaczyć, że cała trasa prowadząca na Górę Żar jest wyasfaltowana, więc taki osprzęt, wg mnie nie jest aż tak bardzo potrzebny. Szczególnie jeśli chodzi o te wielkie buciory.

Na szczycie góry i w jej wnętrzu znajduje się podziemna elektrownia szczytowo-pompowa Elektrowni Porąbka-Żar. Na górze zobaczymy zbiornik wodny elektrowni udostępnionej do zwiedzania. Jest on widoczny z daleka, tworzy spłaszczoną sylwetkę góry. Wokół Góry Żar krążą pogłoski, że przepływające tam prądy elektryczne powodują dziwne zjawiska, na przykład położona na ziemi puszka toczy się pod górę. Ile w tym jest prawdy? Myślę, że warto wybrać się na Górę Żar osobiście, by to sprawdzić…

Góra Żar jest też w zimie atrakcją dla narciarzy (znajdują się tam wypożyczalnie sprzętu narciarskiego, stok jest oświetlony i sztucznie dośnieżany), a nade wszystko dla amatorów podniebnych lotów. Latający nad górą paralotniarze to stały widok tamtej okolicy.

Z Góry Żar podziwiałam piękną panoramę. Szczególnie widok na Jezioro Żywieckie robi wrażenie.

Wyprawa na Górę Żar nie stanowiła jednak tym razem głównego celu naszego wyjazdu. Przy takim upale była nim oczywiście kąpiel w jeziorze.

Głównie plażowaliśmy. Skorzystaliśmy także z wypożyczalni sprzętu wodnego (do wyboru kajak lub rower wodny), choć uważam, że 25 zł. za godzinę wypożyczenia roweru wodnego to lekka przesada.

Po przejażdżce nad Jezioro Żywieckie, doszliśmy do wniosku, że wypoczynek na wysypisku śmieci, nie należy do szczególnych przyjemności. Tak zaśmieconej plaży dawno nie widziałam. Ciekawe jak z tymi wszystkimi odpadkami w wodzie współżyją tamtejsze ryby?

Amatorów plażowania na plastikowych butelkach, puszkach po piwie i opakowaniach po batonikach jednak nie brakowało. Leżaki i koce rozłożone były pomiędzy starymi oponami, czy zardzewiałymi częściami starych jachtów. Być może wczasowiczom tak dobrze wypoczywało się właśnie dlatego, że odurzał ich unoszący się w powietrzu swąd śmieci? Dla mnie nie było to zbyt nęcące.

Polecam natomiast trawiastą plażę przy Jeziorze Międzybrodzkim. Czysto, spokojnie, dno jeziora piaszczyste, a znajdujące się tam drzewa dają miły cień. Można także posilić się w tamtejszej kawiarence.

Z oferty gastronomicznej plażowego baru (poza napojami i lodami) jednak nie korzystaliśmy. Pyszne domowe obiady zamówiliśmy u naszej gaździny, u której mieliśmy zarezerwowany nocleg i choć czas tam chyba zatrzymał się jakieś 30 lat wstecz, to jedzenie było wspaniałe. Dom jest także przyjazny psom, o czym informuje widniejący na wejściowych drzwiach napis. U progu wszystkich gości wita piękny olbrzymi pies, który od razu domaga się głaskania. Takie powitanie z pewnością zachwyciłoby niejednego wczasowicza, chyba że ktoś nie lubi zwierząt.

Nie sposób jednak nie wspomnieć, że dom (jak to stara wiejska tradycja nakazuje) w całości niemalże obity jest azbestem, ułożonym w „gustowną” biało-zieloną szachownicę. Ponadto śmieszyć mogą wszechobecne zakazy i nakazy: „zakaz wchodzenia do domu dla nie zameldowanych bez zgody gospodarza”, „zakaz palenia – uszanuj wole gospodarza  i innych wypoczywających tu osób”, „nie trzaskać drzwiami”, „zamykać za sobą drzwi”, „nie otwierać lewej połowy okna”, „wychodząc z pokoju, zamknij okno, bo może nadejść burza i stłuc szybę lub wyrwać okiennicę”, „mokrą bieliznę susz w ogrodzie, a nie dekoruj okna”, „ciepła woda od 6:00 do 10:00 i od 19:00 do 22:00”, „Oszczędzaj wodę”. Za sprawą tych wywieszek człowiek czuje się na każdym kroku napiętnowany i atakowany uwagami ze wszystkich stron, a po to w końcu jedzie się na urlop, by odpocząć i nie przejmować się zakazami i nakazami. Jeśli ktoś jest kulturalny to przestrzega tych wszystkich zasad i naprawdę nie trzeba mu o tym przypominać. Ponadto to już trochę nie te czasy kiedy gospodarz wydziela czas korzystania z łazienki. Jak płacę, to mam prawo kąpać się o każdej porze, tak często i długo, jak mi się podoba. Poza tym chyba oczywistym jest, że nie będą suszyć swoich majtek tak, by każdy widział, jaki kolor i rozmiar noszę.

No cóż – na jedną noc dało się to wytrzymać. I tak cały czas właściwie spędziliśmy poza domem, choć z wieczornego spaceru wróciliśmy przed 22:00, ponieważ obawialiśmy się, że później nasza gospodyni nie wpuści nas do domu, poza tym chciałam wykapać się w ciepłej wodzie i nie być posądzona o zakłócanie ciszy nocnej.

Weekend można jednak zaliczyć do udanych, a następnym razem noclegu poszukamy gdzie indziej.

 

Balaton …w Trzebini

„Na plaży, na plaży fajnie jest…” Ta znana wakacyjna piosenka Majki Jeżowskiej od pierwszych słów utworu może wprawić człowieka w dobry nastrój, szczególnie gdy ma się w planach wyprawę nad Balaton i choć nie ten węgierski, to i tak humoru nic nie może zepsuć.

 

W „różowym” nastrój zatem wybrałam się na rodzinny wyjazd nad Balaton… w Trzebini.

– Proszę, musisz się dobrze odżywiać, mama przygotowała specjalnie dla ciebie – powiedziała moja siostra, wręczając mi całe opakowanie soczystych truskawek. Mniam! Zjadłam zanim zdążyliśmy dotrzeć na miejsce.

Trzebinia, mała miejscowość w województwie małopolskim, położona na Wyżynie Śląsko-Krakowskiej w powiecie chrzanowskim, znajduje się około 50 km. od Katowic. Można do niej dojechać między innymi Autostradą A4, lub jadąc przez Mysłowice, Jaworzno i Chrzanów.

Balaton – wydrążony białych w skałach charakterystycznych dla Jury Krakowsko-Częstochowskiej zalew to chyba jeden z nielicznych takich zbiorników, w których nie brzydzę się wykapać, a raczej nie brzydziłam, ale nie uprzedzajmy faktów. Dookoła rozlegle trawiaste zadrzewione plaże. Ci którzy nie posiadają parasola słonecznego, a nie lubią się smażyć, bez problemu znajdą tam cień. Warto jednak wspomnieć, że w trawie znajdują się mini skałki, więc poza kocem, czy ręcznikiem, przydaje się karimata, albo po prostu leżak. Niezbędne będą także buty do wody, bo zejście do wody jest strome i skaliste. Brak czucia dna pod nogami nie jest zbyt komfortowe. Dla nie umiejących pływać, czy małych dzieci, może być niebezpiecznie. Trzeba uważać!

Głupio odważnych, jednak nie brakuje. Spektakularne skoki na główkę, czy na „bombę” do wody to tamtejsza tradycja. Popisy muszą być! A co! Wszak odbywająca się tam rewia mody: opalone lśniące od olejków ciała z kolczykami w pępkach i tatuażami, odziane w skąpe przezroczyste bikini, zachęcają do takiej brawury.

Po rozłożeniu „obozowiska” można było oddać się błogiemu nicnierobieniu. Szkoda, że nie zauważyliśmy, że siedzimy w pełnym słońcu. A zacienionych miejsc tam pod dostatkiem. Nie ma to jak być „mądrym”. Krem z filtrem? Przy takim marnym słońcu? Kto by tam pomyślał? A pani W.? O tym jak będzie się czuła po takiej dawce napromieniowania? Wszyscy o niej zapomnieliśmy. Człowiek napalony, rok słońca nie widział, opalaliśmy się z lubością

Nasz błogi relaks od czasu do czasu zakłócała przelatująca milimetr koło naszej głowy piłka z pobliskiego boiska, inni wczasowicze, bądź deptający niemalże po naszym kocu.  Ale mimo wszystko „miejscówka” fajna – dla tych, szukających w takim wypoczynku czegoś innego poza samym leżakowaniem. Już od około 14:00 każdy ma wlane przynajmniej cztery browary, dymi z grilla, wali piłką, interpunkcja w bełkotliwych zdaniach zalatuje łaciną. Pomimo tego, że gospodarze terenu zadbali o wspaniale atrakcje dla dzieci, cala otoczka tego miejsca niezbyt się dla nich nadaje. Klimat jednej wielkiej imprezy przynajmniej dla mnie nie jest odpowiedni dla dzieci.

Jak to punkt widzenia zmienia się zależnie od sytuacji. Kiedyś byłam zakochana w tym miejscu, idealnym na wypady ze znajomymi. Teraz nie wiem, czy znów się tam wybiorę. Nie mówiąc o tym, że z krystalicznej turkusowej wody nie ma nawet wspomnienia. Obecnie jest brunatna. Najwyraźniej leżące na dnie zbiornika stare wraki samochodów (jak mówi legenda), zaczęły w końcu porządnie rdzewieć. Nie wykąpałabym się już tam. W takiej obleśnej wodzie? Ble. I tak rzadko kiedy to robiłam, bo nienawidzę się kąpać. Taka nagrzana ze słońca wejść do wody i potem cała mokra, ociekająca – fuj! Ale co paradoksalne prawdziwie wypoczywam tylko w miejscach, w których jest woda, ale nie rzeka czy potok – jezioro, morze. Choć do wody wchodzę jedynie gdy muszę, bo nie mogę już na serio wytrzymać z upału.

Wówczas po powrocie do domu wszyscy bardzo cierpieliśmy. Zjarani jak cegły obficie smarowaliśmy się balsamami chłodzącymi. Na niewiele się to zdało. – Człowiek stary, a głupi. Co roku to samo – powiedział mój mąż, który zlewał się z naszą czerwoną kanapą. – No a jak ty się czujesz po takim słońcu? – usłyszałam w słuchawce telefonu głos mojej siostry. – Ale z nas…nie powiem co! Tak sobie siedzieliśmy w tym słońcu. Nikt nawet nie pomyślał, że może ci to zaszkodzić. Ja umieram! A wy? – zapytała. Na szczęście nasze bezmyślne opalanie nie miało żadnych złych konsekwencji. Poza kilkudniowym pieczeniem skóry.

A Trzebinię polecam mimo wszystko. Imprezowiczom! Dla nich tam – raj na ziemi.

Jawornik

 

 

Piątkowe popołudnie niespecjalnie zachęcało do wychodzenia z domu, nie mówiąc już o wypadach za miasto. Siąpił deszcz, a termometry wskazywały około 15 stopni. Nic przyjemnego. Jednak weekendowe prognozy pogody napawały nadzieją. Wierząc zatem, że aura się poprawi, wspólnie z mężem spakowałam walizki i pojechaliśmy do Jawornika ….

…z okazji drugiej rocznicy ślubu.

 

Jawornik to jedna z wielu dzielnic Wisły. Choć położony niedaleko centrum, to jednak turystyczny zgiełk wiślańskiego kurortu już tu nie dociera. Można śmiało powiedzieć, że Jawornik bardziej przypomina niedużą odrębną miejscowość, niż część większego miasta.

Dookoła cisza, spokój, od czasu do czasu zaszczeka tylko jakiś wiejski kundelek. Można też na swojej drodze czasem spotkać stadko gęsi, a jeśli ktoś ma więcej szczęścia – powracające z pastwiska krowy, bądź owce. Górskie krajobrazy malowniczego Beskidu Śląskiego cieszą oko, a sympatyczne gospodynie na każdym kroku zachęcają do skorzystania z noclegu.

W Jaworniku nie ma problemu z wynajęciem pokoi. W każdym niemal domu można znaleźć kwaterę, są także pensjonaty, domy wczasowe, czy hotele. Można także dobrze i niedrogo zjeść. Domowe i regionalne jadło z pewnością zaspokoi gust najbardziej wybrednego smakosza. Dobra wiadomość także dla wielbicieli fast foodów: w Jaworniku niedawno zaczęto serwować kebaby, hamburgery i pizzę.

Do Jawornika powracam zawsze z sentymentem. Spędzałam tu wszak swoje pierwsze w życiu wakacje. Miałam wtedy niecałe dwa miesiące. Oczywiście jak nietrudno się domyślić, nic nie pamiętam z tych pierwszych wakacji, ale późniejsze coroczne letnie pobyty dobrze zakorzeniły się w mojej pamięci. Pomagałam więc pani gospodyni plewić chwasty w ogródku, przerzucałam wspólnie z panem gospodarzem siano, karmiłam kury i bałam się groźnych gęsi, które maszerując całą szerokością szosy, utrudniały przejście. Na pewno też nie zapomnę ucieczki przed stadem rozjuszonych krów, które pewnego dnia spłoszył mój tata. A ile biedy przysporzyłam mojej mamie, gdy użądliła mnie pszczoła w duży palec u nogi? Biorąc pod uwagę moją alergie na ukąszenia owadów, cała stopa spuchła mi niczym wielki balon. Ile było z tym problemów… Byłam stałym bywalcem wiślańskiego pogotowia: liczne zatrucia pokarmowe (nigdy nie mieszajcie frytek z lodami i watą cukrową), rozdarta noga na zardzewiałym gwoździu – brr.. zszywanie na żywca bez znieczulenia było jednym z największych koszmarów mojego dzieciństwa.

Mimo tego zawsze chętnie kilka razy w roku odwiedzam stare kąty. Tylko teraz wydają mi się takie malutkie. Wycieczka nad rzekę to była przecież wtedy całodniowa długa wyprawa, a teraz wystarczy przejść kilka kroków.

Wybierając się do Jawornika, zwykle rezerwujemy noclegi u tego samego gospodarza, u którego mieszkałam, będąc dzieckiem. Tym razem jednak zdecydowaliśmy się wybrać inne miejsce – jak się okazało niezbyt dla mnie trafione, bo na szczycie góry niemalże.

Należy wspomnieć, że Jawornik to także atrakcyjna miejscowość dla tych, którzy lubią zdobywać górskie szczyty. Z „centrum” Jawornika prowadzi szlak na Soszów, z którego można przejść między innymi na Stożek i Czantorię. Soszów to najczęściej odwiedzane przez moją rodzinę schronisko (przynajmniej raz w miesiącu, a nawet częściej).

Ostatnio nawet zimą stał się atrakcją dla narciarzy. Niedawno wybudowaną kolejką linową można wjechać na sam szczyt. Jest to także na pewno wygoda dla takich „zapalonych” turystów jak ja. Żeby dostać się do ulubionego schroniska, nie trzeba już dreptać pod górę, tylko można wygodnie wjechać krzesełkiem.

Tym razem jednak nie wchodząc na Soszów, musiałam wspinać się pod górę z racji wysokogórskiej lokalizacji naszej kwatery. Zatem każdorazowe wyjście do sklepu, czy na obiad wiązało się z trudnym powrotem. – Lekarz zalecił ruch – pocieszałam się w myślach. – Nie będziesz spasioną „ciężarówką” – dodawałam sobie otuchy, ledwo zipiąc. Nic jednak nie było mnie w stanie przekonać do turystyki pieszej.

Na szczęście prognozy pogody sprawdziły się i w sobotę powitało nas słońce. Nie było może jakiegoś wielkiego upału, ale do wyprawy na Soszów pogoda była idealna (dzięki temu, że mieszkaliśmy tak wysoko, mieliśmy bliżej).

Na szczycie zjadłam mój ulubiony żurek. Myśl o nim zawsze mobilizuje mnie do tego, by jednak na ten Szoszów się wybrać. Szoszowki żurek to niewątpliwie najlepszy żurek, jaki kiedykolwiek jadłam.

Weekend obfitował w szereg innych atrakcji. Zajrzeliśmy do centrum Wisły. Gdzie odwiedziliśmy galerię Adama Małysza (w Wiśle znajduje się także posąg wielkiego skoczka, wykonany z czekolady. Według opowieści miejscowej ludności kiedyś ktoś odgryzł mu ucho i władze miasta zdecydowały się zabezpieczyć figurę, powlekając czekoladę niejadalnym tworzywem). W amfiteatrze w parku miejskim przysiedliśmy na chwilę obok pomnika założyciela Zespołu Pieśni i Tańca Śląsk Stanisława Hadyny, a także podziwialiśmy pokaz sztucznych ogni.

Z moich obserwacji wynika jednak, że Jawornik nie jest już tym samym miejscem, które pamiętam jako dziecko.  Mimo, że z roku na rok przybywa tu pięknych okazałych domów, powstają hotele i restauracje, to na przykład  nie ma już pysznych ciastek, które serwowano niegdyś w cukierni przy Domu Strażaka. Nie ma już tez wspaniałego kiosku, w którym przez szybkę uśmiechały się do mnie plastikowe misie, czy małe laleczki. To właśnie w nim na swoje nieszczęście mama kupiła mi gitarę-zabawkę, na której „akompaniowałam” sobie okropnie fałszując do piosenki z filmu „Czterej pancerni i pies”. Cały Jawornik chyba myślał wtedy, że jestem psychicznie chora. A moja biedna mama…taki wstyd… Nie ma także mięsnego sklepu „po schodkach”, w którym pan rzeźniczek już u progu witał mnie każdorazowo: „Dzień dobry Dorotko!” I w końcu Bar Jawornik! Niegdyś tłumnie odwiedzany, dziś zaryglowany na cztery spusty. A kiedyś można było w nim zjeść przepyszne flaki.

Patrząc więc na przemiany, które zaszły w Jaworniku, można powiedzieć, że z sentymentalnego punktu widzenia nie są korzystne, no bo w końcu gdzie kupię dla córki plastikowego misia?  Pojadę do centrum Wisły i tam będą ich miliony, ale to już nie będzie to samo.

Pieskowa Skała i Ojców

Żadna ze mnie turystka. Nigdy nie pociągały mnie wyprawy z olbrzymim plecakiem na plecach, spanie na karimacie w wąskim śpiworze. Tułaczka od schroniska do schroniska? Bez szału.

 

Nigdy nie zapomnę mojej wycieczki w Pieniny. 7 godzin w górach: deszcz, wiatr i brak możliwości ogrzania się łykiem herbaty w schronisku. Zdobyłam chyba wszystkie możliwe w okolicy szczyty. Do dziś śni mi się to jako największy koszmar i kojarzy wyłącznie z odciskami na stopach. Zdecydowanie wole mniej męczące atrakcje, na przykład wylegiwanie się na leżaku. Pogoda wtedy jednak nie bardzo nadawała się do zażywania słonecznych kąpieli, zatem na zbliżający się wówczas długi weekend, nie można było zaplanować wyjazdu, by na tak zwanej zielonej trawce rozłożyć kocyk i leżeć plackiem przez cały dzień. Ale siedzenie w domu nie bardzo mi się uśmiechało.

- Gdzie tu zatem pojechać? – zastanawiałam się wspólnie z mężem. Nie chcieliśmy też jechać gdzieś strasznie daleko. Miała to być taka miła jednodniowa wycieczka.

- W góry – to nie bardzo, bo po ostatnich ulewach, mogło być tam mokro i ślisko – rozważaliśmy. Nie bez znaczenia pozostawał też fakt, że jakoś dziwnie szybko, szybciej niż zwykle, odczuwałam zmęczenie. Wypad w góry, pomijając nawet moją „miłość” do zdobywania turystycznych szlaków, nie byłby więc trafiony.

W końcu nasz wybór padł na Pieskową Skałę. Pomysł wydał nam się idealny. Już nie raz myśleliśmy o tym, by odwiedzić tamte okolice, więc po szybkim śniadaniu wyruszyliśmy w kierunku Jury.

Pieskowa Skała, położona około 70 km. od Katowic i 30 – od Krakowa miejscowość, z której po 8 km. można znaleźć się w Ojcowie. Zamek w Pieskowej Skale góruje nad Doliną Prądnika i znajduje się na terenie Ojcowskiego Parku Narodowego, przy Szlaku Orlich Gniazd na terenie Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Zamek, podobnie jak Kazimierzowski w Ojcowie był niegdyś niezwykle ważną budowlą fortyfikacyjną, ochraniającą drogę handlową z Krakowa na Śląsk. Obecnie należy do czołówki największych atrakcji turystycznych na Szlaku Orlich Gniazd.

Dla mnie zamek w Pieskowej Skale także jest bardzo bliski. Właśnie tam była kręcona filmowa wersja mojej ulubionej bajki „Pierścień i Róża”. Zafascynowana jako dziecko przygodami Królewny Rózi i Królewicza Lulejko, zawsze marzyłam, by tam pojechać i zobaczyć miejsca, w których aktorzy wcielający się w te postaci, bywali.

Po raz pierwszy moje marzenie spełnili rodzice. Było to dla mnie – dwunastoletniej wówczas dziewczynki nielada przeżycie.

Ale zamkowe komnaty zupełnie inaczej zwiedza się z rodzicami, a inaczej z „własnym królewiczem”. Dlatego tym razem Pieskowa Skała zrobiła na mnie odmienne niż przed laty wrażenie.

Pierwsze wzmianki pisane o tym zamku pochodzą z 1315 roku, kiedy to Władysław Łokietek zezwolił Mikołajowi lokować wieś między Kosmolowem, Sułoszową, i Zamkiem w Pieskowej Skale. Potem pojawiają się podania o rodzinie Szafrańców, jako jego właścicieli. Każdy, kto ciekaw historii tego zamku, powinien go odwiedzić. Bogata ekspozycja wewnątrz ukazuje jego dzieje.

Po zwiedzeniu zamku i zrobieniu sobie zdjęcia przy słynnej Maczudze Herkulesa, pojechaliśmy do Ojcowa. Tam wybraliśmy się do legendarnej Groty Króla Łokietka. (W Ojcowie można jeszcze zajrzeć między innymi do Jaskini Ciemnej, a także odwiedzić Zamek Kazimierzowski).

Według legendy, w grocie ukrywał się przyszły król Polski Władysław Łokietek przed pościgiem króla czeskiego Wacława II. Podobno przebywał w grocie około sześciu tygodni, a życie uratował mu pająk, który zasłonił  otwór pajęczyną, czym zmylił pościg.

Do groty Łokietka prowadzą dwa szlaki: czarny i niebieski. Czarny – trudniejszy, ale za to krótszy oraz niebieski łatwiejszy, ale pokonanie go to około pół godziny drogi. Biorąc pod uwagę moją powalającą kondycję, łatwo się domyślić, który szlak wybraliśmy. Mimo tego, że trasa nie była trudna, do celu dotarłam spocona, jak szczur, sapiąc jak parowóz i z muchami w nosie. Dodatkowo powrócił mój „pieniński koszmar” odcisków na stopach – moje urocze adidaski aczkolwiek bardzo wygodne, zupełnie nie zdały egzaminu na twardym skalistym podłożu. Mimo, że szlak nie wydaje się groźny – polecam porządne buty do wspinaczki wysokogórskiej.

Po dotarciu na miejsce, okazało się jednak, że było warto nieco się spocić. Piękne widoki i tajemniczy klimat groty poprawił mi zdecydowanie humor. We wnętrzu panował przejmujący chłód (przydaje się ciepły sweter i peleryna przeciwdeszczowa), a na głowę kapała nam woda. Zwiedzaliśmy między innymi kuchnię, w której Łokietkowi serwowano posiłki. To spowodowało, że ja także poczułam wilczy głód…

- To jedyne miejsce na ziemi, w którym będąc żywym, można powąchać kwiatki od spodu – zażartowała nasza przewodniczka, wskazując na widniejące u stropu korzenie roślin. Poza kuchnią w grocie znajduje się także sypialnia oraz liczne korytarze i przejścia. Na pewno warto wybrać się do tej groty, polecam szczególnie miłośnikom historii. Tym, którzy mają klaustrofobię lub boją się ciemności, na pewno się tam nie spodoba.

Całe szczęście, że w Ojcowie można smacznie zjeść, bo po takich atrakcjach porządnie zgłodnieliśmy. Szczególnie ja – mogłabym zjeść konia w kopytami. Bez problemu można też znaleźć nocleg. Brak natomiast miejsc postojowych. Strzeżone parkingi są drogie, a miejsc niestrzeżonych jest niewiele.

Do domu wróciliśmy późnym popołudniem. Byłam taaak zmęczona, że ledwo poruszałam kończynami. Jak się niedługo potem okazało, powód mojego wykończenia i ciągłego głodu, wygodnie zadomowił się już w moim brzuchu – Pani Weronika odbyła swoją pierwszą wyprawę w Jurę Krakowsko-Częstochowską.

 

Pierwsza podróż, czyli wizyta u pani doktor

No tak… szumna nazwa… PODRÓŻ! Powiedzmy, że tak właśnie było. Bo choć jechalismy przez kilka zaledwie przecznic do naszej przychodni na pierwsze „oględziny” Pani W. po porodzie, to dla mnie – świeżo upieczonej matki – była to cała wyprawa.

Ubranie młodej w ten śmieszny misiowy kombinezon, w którym cała się topiła, spakowanie zapasowych ciuchów (bo jak powiedziała ciocia Kasia trzeba być przygotowanym na wszelką sytuację) i wpakowanie do auta był to stres maksymalny. Jak się potem okazało nie tylko dla mnie. Na całe szczęście, że nasz dzielny tatuś był przy nas!

Wizyta u pani doktor zakończyła się wielką kupą prosto do misiowego kombinezonu. Na nic zdały się zapasowe ubranka. Kupa była wszędzie. Biedna W. i biedna mama. Obie najwyraźniej zestresowałyśmy się tym wydarzeniem. A co pomyslała pani doktor? A kto ją tam wie?

A teraz? Kto by się przejmował odwiedzinami u pani doktor? Czy jazdą samochodem…śmieszne. W. sama już wskakuje do fotelika i woła jedź mama, no jedź!

Co znaczy podróż?

Dlaczego Weronika w podróży? Zaczęła ją ponad 2 lata temu i tak powoli zmierza ku dorosłości, a jej pierwsza podróż? O rany!! Zarówno dla mnie – 4dniowej wówczas matki, mojego męża – przerażonego wtedy tak, że o mało nie wkarował nas do jakiegoś rowu, jak i głównej bohaterki całego zamieszania – Weroniki właśnie, była to prawdziwa wielka wyprawa – ze szpitala do domu. Dla nas wszystkich był to szok.

Zapewne coponiektórzy czytelnicy tego bloga, a raczej czytelniczki pamiętają, jak oszałamiająco sprawnie czuje się kobieta kilka dni po porodzie. A czeka ją tyle niewiadomych, na które musi reagować szybko, a jej sprawność fizyczna … lepiej nie mówić… O swoim dziecku nie wie prawie nic, poza tym, że jest najwspanialszą istotką na świecie i właśnie staje przed zadaniem ubrania tego wątłego, wylewającego się z rąk ciałka. Koszmar! Wszystkie ciuchy o kilka rozmiarów za duże „Hop hop! Córeczko! Gdzie zniknęłaś?” Na szczęście towarzyszący ubieraniu Pani W. Wrzask, pozwalał mi odpowiedzieć na te pytanie. Biedna W. w tym swoim wielkim futrzastym kombinezonie małego misia niemal się utopiła. Dumny tata zapakował nasze maleństwo do samochodu, ja niezgrabnie wtarabaniłam się także do środka i wyruszyliśmy ze szpitala do domu. To była podroż! Towarzyszyły jej takie emocje i zamieszanie, że zapomnieliśmy zabrać ze szpitala dokumenty naszej pociechy…

Teraz Weronika to „stara” mała podróżniczka. Podróżuje często i chętnie, przeważnie…

I właśnie o tym będzie ten blog – jak radzić sobie z dzieckiem w podróży i jak reagować w razie ewentualnych fochów.