Tak poznaję świat

Lody, wachlarze i inne atrakcje

Takie właśnie między innymi interesujące różności przyniosła wycieczka do Rzymu dla mojej małej podróżniczki. I tak, jak na tak ambitny plan zwiedzania, jaki ułożył dla nas nasz tatuś, jestem pełna podziwu, że jej małe nóżki dały radę.

 

- Ale jestem zmęczony – opadł na leżak po powrocie z Rzymu mój mąż. – Nigdy nie przypuszczałbym, że będą mnie tak nogi bolały – sapał, zdejmując sandały. – Mamo, a jaką sukienkę wybrałaś dla mnie na wieczór na mini disco? – zapytała Pani W. Wówczas zaniemówiliśmy z wrażenia, że po całodniowej dreptaninie po uliczkach Rzymu miała jeszcze siłę, by pląsać przy „El buritto”.

No cóż, młody organizm regeneruje się szybciej, niż nasze stare kości i po krótkiej drzemce, jaką W. ucięła sobie w samochodzie w drodze powrotnej, na tyle ją orzeźwiła, że była w stanie jeszcze pójść na dyskotekę.

Przyznam, że mimo iż w trakcie zwiedzania posiłkowała się czasami plecami tatusia, to nieźle poradziła sobie. Nie zapominajmy, że ma dopiero 4 lata! Dla nas był to wyczyn, a co dopiero dla takiego malucha. A plan zwiedzania był wyczerpujący, bo dotarliśmy do wszystkich ważniejszych punktów Rzymu. Te absoluty, które są bezwzględnie konieczne do odwiedzenia – my tam byliśmy!

Oczywiście, jak to na małą podróżniczkę przystało, nie obyło się bez marudzenia. Aby nasza wycieczka przebiegała sprawnie, szybko zaspokajaliśmy jej zachcianki, a przy okazji sami jedliśmy na przykład wielkie lody. Mniam!

To, co absolutnie najbardziej, poza lodami oczywiście, interesowało naszą córkę, to wszechobecne mewy. Kto by pomyślał, że w takim wielkim mieście żyje ich aż tyle. A jak się okazuje, nad Tybrem znalazły sobie niezłą miejscówkę.

Niewątpliwą atrakcją była też podróż metrem. Wstyd przyznać, że Pani W. nigdy jeszcze nie podróżowała nawet tramwajem i autobusem, nie mówiąc o pociągu. (musimy nadrobić tę zaległość). Na nasze wyprawy jeździmy wyłącznie samochodem, więc jazda metrem była przeżyciem! Nie tylko dla Pani W. To co we Włoszech jest bezapelacyjną wartością to fakt, że wszystkie Bambini do 10 roku życia mają wszystkie środki lokomocji za darmo. To samo tyczy się wejść do muzeów i wielu innych spraw. Pozazdrościć!

Szwędając się po uliczkach Rzymu, natrafiliśmy na niebywały sklep – urządzony na wzór pracowni mistrza Gepetto. Było to naprawdę wielkie WOW! – Wchodzimy! – zadecydował tata. Pięknie tam było, a wszechobecne „Pinokie” oblegały każdy zakamarek sklepu. Uwieczniliśmy to niezwykłe miejsce na zdjęciu: Pani W. jako Pinokio z wielkim nosem.

A w nagrodę, że nasza mała podróżniczka była taka dzielna, kupiliśmy piękny wachlarz na bazarku koło Pałacu Anioła. Daliśmy radę! I choć być może nie wszystko z tej wycieczki pozostanie w pamięci Pani W? Bo być może zwiedzanie Rzymu z 4latką też nie było najlepszym pomysłem, to jednak żywiołowe reakcje i jej zachwyt nad wieloma rzeczami, a w szczególności nad rzeźbami licznych amorków  – bezcenny!

Hanna Grabowska-Macioszek

Bolą nogi

Nasza mała podróżniczka skończyła niedawno już 4 lata! Ale ten czas leci…a szczególnie w podróży, w które wybieramy się jak wiadomo często. W przypadku Pani W. pojawiło się chyba zjawisko słomianego zapału do podróżowania.

 

Nie do samej idei? O nie! Wycieczki, spacery, a nawet ostatnio jazda na nartach to ulubiony temat w naszej rodzinie. – A pójdziemy dziś na spacer? – pyta każdego dnia moja córka. Do spaceru przygotowujemy się solidnie. Nie może zabraknąć na nim ulubionej przekąski, czegoś do picia i ….awaryjnego pomagiera…wózka! Wstyd! 4 lata i nadal jest nam potrzebny. Jego stan już dawno sugerowałby, że należałoby się mu już dobre miejsce na śmietniku. Nie ukrywam, że pojawienie się z nim w miejscach publicznych graniczy z lekkim obciachem. No ale jeśli bolą nogi, bolą nogi? To cóż począć? Podróże wózkiem wszak także należą do kategorii, a sam wózek to też pojazd. Trudno temu zaprzeczyć.

A zatem wózek, samochód, albo…plecy tatusia to ulubiona forma podróżowania Pani W. Biedny tatuś z takim klopsidłem na plecach, prędzej zgarbacieje. No ale jak tu odmówić…gdy nogi bolą. A bolą dosyć często: po dwóch zjazdach z górki na nartach, po dwóch upadkach na łyżwach na lodowisku. Ale najważniejsze, że chęci są: „A kiedy znowu pojedziemy na łyżwy?” – dopytuje się Pani W. Potem jednak najchętniej jeździ mama, a W. obserwuje, siedząc na trybunach i pije sok.  – A chciałabym dziś znów iść na narty – zagadywała każdego dnia w trakcie naszego wypadu do Karpacza w czasie ferii córka. I właściwie po samym zapięciu nart: „To jeden zjazd i kupisz mi kakauko.” Gdy zaprzeczałam i negocjowałam dwa, może trzy zjazdy, na twarzy Pani W. pojawiał się grymas oburzenia: „Do taty, do taty…” i tak kończył się dzień Pani W na stoku.

Bo kiedy nogi bolą, trzeba odpocząć.

Hanna Grabowska-Macioszek

Kiedy pojedziemy do pana Władzia?

Co znaczy żyłka podróżnicza? Nieodparta chęć wyjazdu. Cóż się dziwić, jacy rodzice – taka córka.

 

- A kiedy pojedziemy do pana Władzia? – pyta mnie przynajmniej raz dziennie moja mała Pani W. – A jutro? – docieka zniecierpliwiona, kiedy odpowiadam, że już niedługo, bo zaraz po świętach… – A kiedy to będzie – nie daje za wygraną. Tak to jest. Przyzwyczajona od małego do częstych podróży, nie potrafi za długo wytrzymać w domu i byle jaki wyjazd – choćby na jeden dzień – nie zadowala jej apetytu na nowe przygody, a szczególnie te u pana Władzia.

Osławiony pan Władzio, znany z artykułów o Jaworniku, gospodarz jest najmilszym kierunkiem wypraw mojej córki. Tak dobrze, jak w obrębie jego gospodarstwa, nie czuje się nigdzie indziej. A podobno tym razem na mojego małego podróżnika czeka już śnieg. Nie trudno wyobrazić sobie tego szaleństwa w białym puchu.

- A gdzie są moje narty? – dopytuje się z zaniepokojeniem Pani W. – Kiedy odpowiadamy, że leżą u babci na strychu,  pyta z jeszcze większym niepokojem.  – To kiedy tatuś po nie pojedzie, bo przecież już niedługo pojedziemy do pana Władzia.

Z pewnością do wyjazdu na zimowy wypoczynek z dzieckiem trzeba przygotować się zupełnie inaczej, niż na wojaże w lecie. Po pierwsze należy zaopatrzyć się w odpowiednio ciepłą i najlepiej nieprzemakalną garderobę. Jeśli niestety chłonie wodę, należałoby zabrać ze sobą drugi komplet na zmianę. A zatem po dwie pary rękawic (najlepiej nie wełnianych), butów, spodni z kombinezonu. Przyda się z pewnością druga czapka i kurtka. Co poza tym? Wszystko, co przydaje się do zabawy na śniegu: sanki, tak zwane „dupoloty”, a jeśli ktoś chce z malucha zrobić narciarza, tak jak to jest w naszym przypadku, to oczywiście narty. Ale najpierw trzeba przywieźć je z babcinego strychu.

D nart: ciepłe skarpety, buty narciarskie, kask i kijki. Wiem, że obecnie panuje jakaś dziwna moda, że uczymy się jeździć bez kijków, jednak jak tradycyjna, stara dobra szkoła uczy, najlepiej i najszybciej nauczymy się jeździć na nartach, używając kijków przy skręcaniu. No bo potem jedzie taka sierota bez kijów, ledwo na tych dechach się trzyma, ale twardo gna bez kijów, bo taka moda, więc trzeba szyku zadać – tragiczny widok. A wiadomo przecież: kijek i skręt, kijek i skręt. Jak ktoś pozna, przyswoi i weźmie sobie do serca tę zasadę, to prędzej, czy później będzie śmigał na nartach, jak złoto. Tak jak moja Pani W.

Hanna Grabowska-Macioszek

Najpierw muszą zarobić pieniążki

I wrócili. Opaleni, zadowolenia, uśmiechnięci. A najważniejsze, że Pani W. ich nie wykończyła. Uff. Ale tęskniła za mamusią, co chyba tak trochę dziadkom zepsuło urlop w Chorwacji.

 

- Do mamy, do mamy… – tak pewnego razu płakała W. do słuchawki telefonu. Jedną nogą byłam już w samochodzie, by pędzić do Biogradu po swoją małą kruszynkę. – Uspokój się – powiedział mój mąż, przejdzie jej i przeszło, ale nie do końca, bo od tej chwili codziennie rozmawiałyśmy telefonicznie, co W. porabiała danego dnia. A zajęć było co nie miara. Codzienne kąpiele z „batcią” w morzu, wycieczki do miasteczka i zakupy, obowiązkowo lody, a nawet wypad na dyskotekę. Niesłychane!

Pełni poświęcenia dziadkowie robili wszystko, by W. nie tęskniła za rodzicami. – A czy tatuś też na mnie czeka – dopytywała się W. – A mój pokoik też pomalowaliście? Wszystko wskazywało na to, że mimo zabiegów dziadków W. chciała już wracać do domu. W pewnym momencie nawet rozważali skrócenie urlopu, by tylko W. była szczęśliwa. Babcia codziennie przez cały pobyt gotowała zupę pomidorową – jedyną jaką W. w pełni akceptuje, co jest gwarancją w całości zjedzonego posiłku. W upale egzotycznego lata, w siermiężnych warunkach na kuchence polowej i dusznym namiocie powstało aż 17 zup pomidorowych. Jak się później okazało trud został niedoceniony. – A ładnie jadłaś obiadek na wakacjach? – zapytałam pewnego dnia po powrocie W. do domu. – Babcia mi nie dawała obiadu – odparła moja córka. – A te zupki pomidorowe, to kto Ci gotował? – A to dziadek – stwierdziła W. – I obiecał, że jak będę duża, to kupi mi samochód – dodała. No „ładne kwiatki”!

Trudno nie docenić zabiegów dziadka, by W. nie wielbiła go pod niebiosa. Zbudował między innymi piękny tekturowy domek dla krasnoludów i Królewny Śnieżki. A ile nowych zabawek przybyło w trakcie wakacji z dziadkami… Lepiej nie będę liczyła.

- No i jak było? – zapytałam. – No super! Ale tęskniła za Tobą – powiedziała moja mama i ani jednym słowem nie wspomniała, czy W. dobrze się sprawowała. Czyż najukochańsza wnuczka może bywać małym „diabełkiem”. Oczywiście, że nie.

Po pewnym czasie doczekałam się szczegółowej relacji z pobytu w Chorwacji. Choć do tej pory W. utrzymuje, że zupy pomidorowe były autorstwa dziadka, to wyjazd był bardzo udany. – I co kochanie, fajnie było z dziadkami na tych wakacjach? – Tak, fajnie. – A za rok pojedziesz, jak Cię dziadkowie wezmą ze sobą? – Tak, ale najpierw muszą zarobić pieniążki! A zatem do roboty!

 

Hanna Grabowska-Macioszek

Z dziadkami pod namiot

No tak… i znowu to robią… Zmęczeni całoroczną gonitwą w pracy, poświęcają ponownie swój urlop, na który czekają cały rok, by zabrać najukochańszą wnuczkę na wakacje. Cóż to za odpoczynek? Podziwiam ich szczerze! Niestety w tym roku istnieje prawdopodobieństwo, że W. wykończy babcię i dziadka. Oby nie…

A przede mną bojowe zadanie spakowania mojej małej panny, by niczego jej nie brakowało. Jednym z ważniejszych przedmiotów jest krem z filtrem i kapelusik, bo chorwackie słońce potrafi przypiec.  A potem cała masa kreacji, by na tamtejszym campingu błyszczała, niczym gwiazda… To tak pół żartem pół serio, ale na pewno garderoba musi być bawełniana (100%), przewiewna i najlepiej w jasnych kolorach, bo jak wiadomo, wszystko, co ciemne, przyciąga słońce. W przypadku Chorwacji – niezbędne będą buciki do wody.

Zabawki W. postanowiła spakować sama… no prawie… – Mamusiu pomóć – poprosiła. No i dobrze. Przynajmniej mogłam skontrolować, co sobie wybrała i czy ich ilość pomieści się w dziadziusiowym samochodzie. Jeśli chodzi o W. to najważniejszą sprawą na wszelkie wyjazdy jest zabranie kredek i bloku rysunkowego. Mała W. cierpi bowiem od pewnego czasu na manię rysowania. Przed wyjściem do przedszkola potrafi narysować cztery obrazki. Każdy przedstawia …mamusię. W końcu spełniło się moje marzenie, że ktoś kiedyś namaluje mój portret. Teraz jestem portretowana z taką pasją, niczym muza wielkich artystów. A portretów mam już tyle, że mogłabym wytapetować sobie nimi całe mieszkanie.

Jak już wspominałam kiedyś w którymś z wcześniejszych tekstów, obowiązkowe jest dla mnie spakowanie leków z rozpiską, jaki lek na co i ile dawkować, by dziadkowie w razie czego wiedzieli, co podać.

Dokumenty!!

To najważniejsza sprawa. Szczególnie w przypadku wyjazdu za granicę z osobami niebędącymi rodzicami. Ja zawsze wkładam do torby: dowód osobisty, paszport, europejską kartę NFZ, dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne w PZU i….AKT NOTARIALNY z tłumaczeniem, który potwierdza to, że pani W. jest wnuczką swoich dziadków i że wspólnie z mężem zezwalamy na jej wyjazd pod ich opieką. Do tej pory jeszcze nikt nie poprosił moich rodziców o okazanie tego dokumentu, ale na wszelki wypadek…przezorny zawsze ubezpieczony.

Torba podręczna ze środkami czystości, ubraniami na zmianę, jedzonkiem oraz ulubionym przytulakiem i książeczką.

I co? Walizka już spakowana. Teraz czekamy na akceptację babci…

Potrzebuje mniej?

Moi Drodzy Czytelnicy!

Minęło trochę czasu….

Weronika ma już skończone 3 lata. Nadal bardzo podróżuje, a mamę te podróże z małą dużą W już nie przerażają. No chyba, że to dłuższa wyprawa, np. do Chorwacji… Sądzę jednak, że niektórzy przed dalekimi wyjazdami i tak mają reisefiber niezależnie od tego, czy jadą na nie z dzieckiem, bądź sami.

Pamiętam nasze pierwsze wyjazdy – krótsze, czy dłuższe, ale im W. jest starsza, tym mniej maneli trzeba zabrać. Nie potrzebuje już wanienki, łóżeczka turystycznego, coraz mniej wózeczka, więc spakować jest się o wiele łatwiej. Co prawda miejsce wyżej wymienionych przedmiotów zajmują: rowerek, hulajnoga, „dmuchańce” do wody, zabawki do piasku i wiele wiele innych, ale myślę, że w samochodzie jest o wiele więcej miejsca niż przed trzema laty.

O czym nie należy zapomnieć wybierając się z dzieckiem w podróż? O niczym, co będzie nam potrzebne. A to już zależy od indywidualnych potrzeb każdego dziecka. Co na pewno trzeba zabrać? Duże zapasy napojów, ulubiony prowiant malucha oraz to, co jest niezbędne bezapelacyjnie i niezaprzeczalnie – lekarstwa. Może nie będą potrzebne i oby nie były! Jednak bez nich może być z goła nieciekawie.

Pierwsza podróż, czyli wizyta u pani doktor

No tak… szumna nazwa… PODRÓŻ! Powiedzmy, że tak właśnie było. Bo choć jechalismy przez kilka zaledwie przecznic do naszej przychodni na pierwsze „oględziny” Pani W. po porodzie, to dla mnie – świeżo upieczonej matki – była to cała wyprawa.

Ubranie młodej w ten śmieszny misiowy kombinezon, w którym cała się topiła, spakowanie zapasowych ciuchów (bo jak powiedziała ciocia Kasia trzeba być przygotowanym na wszelką sytuację) i wpakowanie do auta był to stres maksymalny. Jak się potem okazało nie tylko dla mnie. Na całe szczęście, że nasz dzielny tatuś był przy nas!

Wizyta u pani doktor zakończyła się wielką kupą prosto do misiowego kombinezonu. Na nic zdały się zapasowe ubranka. Kupa była wszędzie. Biedna W. i biedna mama. Obie najwyraźniej zestresowałyśmy się tym wydarzeniem. A co pomyslała pani doktor? A kto ją tam wie?

A teraz? Kto by się przejmował odwiedzinami u pani doktor? Czy jazdą samochodem…śmieszne. W. sama już wskakuje do fotelika i woła jedź mama, no jedź!

Co znaczy podróż?

Dlaczego Weronika w podróży? Zaczęła ją ponad 2 lata temu i tak powoli zmierza ku dorosłości, a jej pierwsza podróż? O rany!! Zarówno dla mnie – 4dniowej wówczas matki, mojego męża – przerażonego wtedy tak, że o mało nie wkarował nas do jakiegoś rowu, jak i głównej bohaterki całego zamieszania – Weroniki właśnie, była to prawdziwa wielka wyprawa – ze szpitala do domu. Dla nas wszystkich był to szok.

Zapewne coponiektórzy czytelnicy tego bloga, a raczej czytelniczki pamiętają, jak oszałamiająco sprawnie czuje się kobieta kilka dni po porodzie. A czeka ją tyle niewiadomych, na które musi reagować szybko, a jej sprawność fizyczna … lepiej nie mówić… O swoim dziecku nie wie prawie nic, poza tym, że jest najwspanialszą istotką na świecie i właśnie staje przed zadaniem ubrania tego wątłego, wylewającego się z rąk ciałka. Koszmar! Wszystkie ciuchy o kilka rozmiarów za duże „Hop hop! Córeczko! Gdzie zniknęłaś?” Na szczęście towarzyszący ubieraniu Pani W. Wrzask, pozwalał mi odpowiedzieć na te pytanie. Biedna W. w tym swoim wielkim futrzastym kombinezonie małego misia niemal się utopiła. Dumny tata zapakował nasze maleństwo do samochodu, ja niezgrabnie wtarabaniłam się także do środka i wyruszyliśmy ze szpitala do domu. To była podroż! Towarzyszyły jej takie emocje i zamieszanie, że zapomnieliśmy zabrać ze szpitala dokumenty naszej pociechy…

Teraz Weronika to „stara” mała podróżniczka. Podróżuje często i chętnie, przeważnie…

I właśnie o tym będzie ten blog – jak radzić sobie z dzieckiem w podróży i jak reagować w razie ewentualnych fochów.