Przełamać złą passę

Nigdy więcej Chorwacji? Otóż niekoniecznie. Miejmy nadzieję, że tym razem nas nie zaleje.

Czytelnicy mojego bloga Weronika w podróży z pewnością pamiętają moje perypetie w Chorwacji związane z wypoczynkiem pod namiotem. No cóż jak to popularne stwierdzenie poucza, nigdy nie mów nigdy, w tym roku postanowiliśmy stawić czoło chorwackim oberwaniom chmury i zapanowaliśmy tamże wakacje.

W. nie może się doczekać i już powoli myśli, co spakować do plecaczka. Tym razem mam nadzieję, że wszystko pójdzie po naszej myśli. Najważniejsze, że nie będą to wakacje pod namiotem, aczkolwiek mąż długo mnie przekonywał, bym dała się jednak skusić na biwakowanie. Zaplanowaliśmy to bardziej z głową. Wyjazd z biura podróży z dojazdem we własnym zakresie z pobytem w apartamencie rokuje na lepsze powodzenie naszego przedsięwzięcia.

Tak sobie myślę, że może wyjazd ten pozwoli zmienić moje zdanie na temat Chorwacji i być może trzeba jej dać jeszcze jedną szansę. Oby jej nie zmarnowała!

Hanna Grabowska-Macioszek

Pod namiot? Nie polecam

No chyba, że ktoś lubi wypoczywać w spartańskich warunkach… Ja nie!

Wakacje pod namiotem w ciepłym kraju – takim jak Chorwacja – mogą kojarzyć się z młodością, przygodą, możliwością obcowania z przyrodą, romantyzmem, luzem i błogim nic nierobieniem. Być może…

Z pewnością ze względu na większe prawdopodobieństwo słonecznej pogody są lepszym pomysłem niż wypad pod namiot w Polsce. Choć nie do końca. Jak przekonałam się niestety na własnej skórze, że i w Chorwacji może zaskoczyć oberwanie chmury, którego skutki zarówno dla namiotu, jak i spędzających w nim urlop (czyli mnie), były opłakane.

Prapratno – niby raj na ziemi. Uroczy kemping położony przy pięknej piaszczystej plaży usytuowany w oliwnym gaju, gdzie codziennie można posłuchać koncertu cykad. Widoki jak z bajki. Ale jest i jeszcze druga strona medalu – ta nieco mniej błyszcząca. Kemping leży w czymś na kształt wąwozu, dolinie, otoczonej górami. W przypadku deszczu cała woda z tych gór spływa właśnie do tej doliny i jest spore, a nawet duże prawdopodobieństwo, że wleje się prosto do naszego namiotu. Podłoże nie chłonie wilgoci i po chwili nasze materace wypływają z błotnistą cieczą poza namiot. Pościel, materace – wszystko mokre, brudne, a człowiek stoi po kostki w tym bagnie i czuje się niczym biedny rozbitek na morzu. Ciekawe zjawisko przy okazji tamtejszych ulew można zaobserwować w sąsiednim Stonie. Piękne zabytkowe miasteczko zamienia się wówczas w niemal podwodną Atlantydę. Ulicami leje się woda przypominająca rwącą rzekę, w której brodzimy prawie po kolana. Gdyby nie fakt, że skutki tego zjawiska do najprzyjemniejszych nie należą, byłoby całkiem interesująco.

Pech chciał, że „przygoda” ta spotkała mnie tam aż dwa razy. Za pierwszym – na szczęście ostatniej nocy. Drugim razem w połowie pobytu. Byliśmy zmuszeni szukać kwatery, żeby spędzić godnie dalszą część wakacji. – Ty to faktycznie masz pecha. Coś co nas tam nigdy nie spotkało – ciebie po raz drugi – usłyszałam w telefonie dodający otuchy głos mojej mamy. Fakt, nic tylko się rozpłakać! Można by pomyśleć – po co jechaliśmy tam drugi raz? Lecz z pewnością nikt nie spodziewałby się, że jak już coś takiego przydarzyło się nam raz, przydarzy się ponownie. A jednak – nasza przezorność nas zawiodła.

Poza „wodnistym” zdarzeniem namiot mnie nie kręci też z innych powodów. Kiedy raz wyszła nam spod materaca wielka stonoga, omal nie zeszłam na zawał serca. Każdy podmuch wiatru, szelest jest słyszalny w 100%. Kiedy ktoś ma marny sen, nie śpi całe noce. Można by jeszcze długo wymieniać niedogodności, jakie niesie ze sobą spanie w namiocie.

- To co? W przyszłym roku też pojedziemy pod namiot? – spytał po powrocie do domu mój mąż – wielki wielbiciel biwakowania. – Chyba nie mówisz poważnie Shrek! To nie są warunki dla królewny! – odpaliłam.

Piękno Chorwacji, choć niezaprzeczalne, we mnie wzbudza tylko wspomnienie zalanego namiotu. A tak na marginesie – cud, że żyjemy, bo kable doprowadzające do naszego obozowiska prąd, były podpięte.

Hanna Grabowska-Macioszek

Lody, wachlarze i inne atrakcje

Takie właśnie między innymi interesujące różności przyniosła wycieczka do Rzymu dla mojej małej podróżniczki. I tak, jak na tak ambitny plan zwiedzania, jaki ułożył dla nas nasz tatuś, jestem pełna podziwu, że jej małe nóżki dały radę.

 

- Ale jestem zmęczony – opadł na leżak po powrocie z Rzymu mój mąż. – Nigdy nie przypuszczałbym, że będą mnie tak nogi bolały – sapał, zdejmując sandały. – Mamo, a jaką sukienkę wybrałaś dla mnie na wieczór na mini disco? – zapytała Pani W. Wówczas zaniemówiliśmy z wrażenia, że po całodniowej dreptaninie po uliczkach Rzymu miała jeszcze siłę, by pląsać przy „El buritto”.

No cóż, młody organizm regeneruje się szybciej, niż nasze stare kości i po krótkiej drzemce, jaką W. ucięła sobie w samochodzie w drodze powrotnej, na tyle ją orzeźwiła, że była w stanie jeszcze pójść na dyskotekę.

Przyznam, że mimo iż w trakcie zwiedzania posiłkowała się czasami plecami tatusia, to nieźle poradziła sobie. Nie zapominajmy, że ma dopiero 4 lata! Dla nas był to wyczyn, a co dopiero dla takiego malucha. A plan zwiedzania był wyczerpujący, bo dotarliśmy do wszystkich ważniejszych punktów Rzymu. Te absoluty, które są bezwzględnie konieczne do odwiedzenia – my tam byliśmy!

Oczywiście, jak to na małą podróżniczkę przystało, nie obyło się bez marudzenia. Aby nasza wycieczka przebiegała sprawnie, szybko zaspokajaliśmy jej zachcianki, a przy okazji sami jedliśmy na przykład wielkie lody. Mniam!

To, co absolutnie najbardziej, poza lodami oczywiście, interesowało naszą córkę, to wszechobecne mewy. Kto by pomyślał, że w takim wielkim mieście żyje ich aż tyle. A jak się okazuje, nad Tybrem znalazły sobie niezłą miejscówkę.

Niewątpliwą atrakcją była też podróż metrem. Wstyd przyznać, że Pani W. nigdy jeszcze nie podróżowała nawet tramwajem i autobusem, nie mówiąc o pociągu. (musimy nadrobić tę zaległość). Na nasze wyprawy jeździmy wyłącznie samochodem, więc jazda metrem była przeżyciem! Nie tylko dla Pani W. To co we Włoszech jest bezapelacyjną wartością to fakt, że wszystkie Bambini do 10 roku życia mają wszystkie środki lokomocji za darmo. To samo tyczy się wejść do muzeów i wielu innych spraw. Pozazdrościć!

Szwędając się po uliczkach Rzymu, natrafiliśmy na niebywały sklep – urządzony na wzór pracowni mistrza Gepetto. Było to naprawdę wielkie WOW! – Wchodzimy! – zadecydował tata. Pięknie tam było, a wszechobecne „Pinokie” oblegały każdy zakamarek sklepu. Uwieczniliśmy to niezwykłe miejsce na zdjęciu: Pani W. jako Pinokio z wielkim nosem.

A w nagrodę, że nasza mała podróżniczka była taka dzielna, kupiliśmy piękny wachlarz na bazarku koło Pałacu Anioła. Daliśmy radę! I choć być może nie wszystko z tej wycieczki pozostanie w pamięci Pani W? Bo być może zwiedzanie Rzymu z 4latką też nie było najlepszym pomysłem, to jednak żywiołowe reakcje i jej zachwyt nad wieloma rzeczami, a w szczególności nad rzeźbami licznych amorków  – bezcenny!

Hanna Grabowska-Macioszek

Bolą nogi

Nasza mała podróżniczka skończyła niedawno już 4 lata! Ale ten czas leci…a szczególnie w podróży, w które wybieramy się jak wiadomo często. W przypadku Pani W. pojawiło się chyba zjawisko słomianego zapału do podróżowania.

 

Nie do samej idei? O nie! Wycieczki, spacery, a nawet ostatnio jazda na nartach to ulubiony temat w naszej rodzinie. – A pójdziemy dziś na spacer? – pyta każdego dnia moja córka. Do spaceru przygotowujemy się solidnie. Nie może zabraknąć na nim ulubionej przekąski, czegoś do picia i ….awaryjnego pomagiera…wózka! Wstyd! 4 lata i nadal jest nam potrzebny. Jego stan już dawno sugerowałby, że należałoby się mu już dobre miejsce na śmietniku. Nie ukrywam, że pojawienie się z nim w miejscach publicznych graniczy z lekkim obciachem. No ale jeśli bolą nogi, bolą nogi? To cóż począć? Podróże wózkiem wszak także należą do kategorii, a sam wózek to też pojazd. Trudno temu zaprzeczyć.

A zatem wózek, samochód, albo…plecy tatusia to ulubiona forma podróżowania Pani W. Biedny tatuś z takim klopsidłem na plecach, prędzej zgarbacieje. No ale jak tu odmówić…gdy nogi bolą. A bolą dosyć często: po dwóch zjazdach z górki na nartach, po dwóch upadkach na łyżwach na lodowisku. Ale najważniejsze, że chęci są: „A kiedy znowu pojedziemy na łyżwy?” – dopytuje się Pani W. Potem jednak najchętniej jeździ mama, a W. obserwuje, siedząc na trybunach i pije sok.  – A chciałabym dziś znów iść na narty – zagadywała każdego dnia w trakcie naszego wypadu do Karpacza w czasie ferii córka. I właściwie po samym zapięciu nart: „To jeden zjazd i kupisz mi kakauko.” Gdy zaprzeczałam i negocjowałam dwa, może trzy zjazdy, na twarzy Pani W. pojawiał się grymas oburzenia: „Do taty, do taty…” i tak kończył się dzień Pani W na stoku.

Bo kiedy nogi bolą, trzeba odpocząć.

Hanna Grabowska-Macioszek

Kiedy pojedziemy do pana Władzia?

Co znaczy żyłka podróżnicza? Nieodparta chęć wyjazdu. Cóż się dziwić, jacy rodzice – taka córka.

 

- A kiedy pojedziemy do pana Władzia? – pyta mnie przynajmniej raz dziennie moja mała Pani W. – A jutro? – docieka zniecierpliwiona, kiedy odpowiadam, że już niedługo, bo zaraz po świętach… – A kiedy to będzie – nie daje za wygraną. Tak to jest. Przyzwyczajona od małego do częstych podróży, nie potrafi za długo wytrzymać w domu i byle jaki wyjazd – choćby na jeden dzień – nie zadowala jej apetytu na nowe przygody, a szczególnie te u pana Władzia.

Osławiony pan Władzio, znany z artykułów o Jaworniku, gospodarz jest najmilszym kierunkiem wypraw mojej córki. Tak dobrze, jak w obrębie jego gospodarstwa, nie czuje się nigdzie indziej. A podobno tym razem na mojego małego podróżnika czeka już śnieg. Nie trudno wyobrazić sobie tego szaleństwa w białym puchu.

- A gdzie są moje narty? – dopytuje się z zaniepokojeniem Pani W. – Kiedy odpowiadamy, że leżą u babci na strychu,  pyta z jeszcze większym niepokojem.  – To kiedy tatuś po nie pojedzie, bo przecież już niedługo pojedziemy do pana Władzia.

Z pewnością do wyjazdu na zimowy wypoczynek z dzieckiem trzeba przygotować się zupełnie inaczej, niż na wojaże w lecie. Po pierwsze należy zaopatrzyć się w odpowiednio ciepłą i najlepiej nieprzemakalną garderobę. Jeśli niestety chłonie wodę, należałoby zabrać ze sobą drugi komplet na zmianę. A zatem po dwie pary rękawic (najlepiej nie wełnianych), butów, spodni z kombinezonu. Przyda się z pewnością druga czapka i kurtka. Co poza tym? Wszystko, co przydaje się do zabawy na śniegu: sanki, tak zwane „dupoloty”, a jeśli ktoś chce z malucha zrobić narciarza, tak jak to jest w naszym przypadku, to oczywiście narty. Ale najpierw trzeba przywieźć je z babcinego strychu.

D nart: ciepłe skarpety, buty narciarskie, kask i kijki. Wiem, że obecnie panuje jakaś dziwna moda, że uczymy się jeździć bez kijków, jednak jak tradycyjna, stara dobra szkoła uczy, najlepiej i najszybciej nauczymy się jeździć na nartach, używając kijków przy skręcaniu. No bo potem jedzie taka sierota bez kijów, ledwo na tych dechach się trzyma, ale twardo gna bez kijów, bo taka moda, więc trzeba szyku zadać – tragiczny widok. A wiadomo przecież: kijek i skręt, kijek i skręt. Jak ktoś pozna, przyswoi i weźmie sobie do serca tę zasadę, to prędzej, czy później będzie śmigał na nartach, jak złoto. Tak jak moja Pani W.

Hanna Grabowska-Macioszek

Najpierw muszą zarobić pieniążki

I wrócili. Opaleni, zadowolenia, uśmiechnięci. A najważniejsze, że Pani W. ich nie wykończyła. Uff. Ale tęskniła za mamusią, co chyba tak trochę dziadkom zepsuło urlop w Chorwacji.

 

- Do mamy, do mamy… – tak pewnego razu płakała W. do słuchawki telefonu. Jedną nogą byłam już w samochodzie, by pędzić do Biogradu po swoją małą kruszynkę. – Uspokój się – powiedział mój mąż, przejdzie jej i przeszło, ale nie do końca, bo od tej chwili codziennie rozmawiałyśmy telefonicznie, co W. porabiała danego dnia. A zajęć było co nie miara. Codzienne kąpiele z „batcią” w morzu, wycieczki do miasteczka i zakupy, obowiązkowo lody, a nawet wypad na dyskotekę. Niesłychane!

Pełni poświęcenia dziadkowie robili wszystko, by W. nie tęskniła za rodzicami. – A czy tatuś też na mnie czeka – dopytywała się W. – A mój pokoik też pomalowaliście? Wszystko wskazywało na to, że mimo zabiegów dziadków W. chciała już wracać do domu. W pewnym momencie nawet rozważali skrócenie urlopu, by tylko W. była szczęśliwa. Babcia codziennie przez cały pobyt gotowała zupę pomidorową – jedyną jaką W. w pełni akceptuje, co jest gwarancją w całości zjedzonego posiłku. W upale egzotycznego lata, w siermiężnych warunkach na kuchence polowej i dusznym namiocie powstało aż 17 zup pomidorowych. Jak się później okazało trud został niedoceniony. – A ładnie jadłaś obiadek na wakacjach? – zapytałam pewnego dnia po powrocie W. do domu. – Babcia mi nie dawała obiadu – odparła moja córka. – A te zupki pomidorowe, to kto Ci gotował? – A to dziadek – stwierdziła W. – I obiecał, że jak będę duża, to kupi mi samochód – dodała. No „ładne kwiatki”!

Trudno nie docenić zabiegów dziadka, by W. nie wielbiła go pod niebiosa. Zbudował między innymi piękny tekturowy domek dla krasnoludów i Królewny Śnieżki. A ile nowych zabawek przybyło w trakcie wakacji z dziadkami… Lepiej nie będę liczyła.

- No i jak było? – zapytałam. – No super! Ale tęskniła za Tobą – powiedziała moja mama i ani jednym słowem nie wspomniała, czy W. dobrze się sprawowała. Czyż najukochańsza wnuczka może bywać małym „diabełkiem”. Oczywiście, że nie.

Po pewnym czasie doczekałam się szczegółowej relacji z pobytu w Chorwacji. Choć do tej pory W. utrzymuje, że zupy pomidorowe były autorstwa dziadka, to wyjazd był bardzo udany. – I co kochanie, fajnie było z dziadkami na tych wakacjach? – Tak, fajnie. – A za rok pojedziesz, jak Cię dziadkowie wezmą ze sobą? – Tak, ale najpierw muszą zarobić pieniążki! A zatem do roboty!

 

Hanna Grabowska-Macioszek

Z dziadkami pod namiot

No tak… i znowu to robią… Zmęczeni całoroczną gonitwą w pracy, poświęcają ponownie swój urlop, na który czekają cały rok, by zabrać najukochańszą wnuczkę na wakacje. Cóż to za odpoczynek? Podziwiam ich szczerze! Niestety w tym roku istnieje prawdopodobieństwo, że W. wykończy babcię i dziadka. Oby nie…

A przede mną bojowe zadanie spakowania mojej małej panny, by niczego jej nie brakowało. Jednym z ważniejszych przedmiotów jest krem z filtrem i kapelusik, bo chorwackie słońce potrafi przypiec.  A potem cała masa kreacji, by na tamtejszym campingu błyszczała, niczym gwiazda… To tak pół żartem pół serio, ale na pewno garderoba musi być bawełniana (100%), przewiewna i najlepiej w jasnych kolorach, bo jak wiadomo, wszystko, co ciemne, przyciąga słońce. W przypadku Chorwacji – niezbędne będą buciki do wody.

Zabawki W. postanowiła spakować sama… no prawie… – Mamusiu pomóć – poprosiła. No i dobrze. Przynajmniej mogłam skontrolować, co sobie wybrała i czy ich ilość pomieści się w dziadziusiowym samochodzie. Jeśli chodzi o W. to najważniejszą sprawą na wszelkie wyjazdy jest zabranie kredek i bloku rysunkowego. Mała W. cierpi bowiem od pewnego czasu na manię rysowania. Przed wyjściem do przedszkola potrafi narysować cztery obrazki. Każdy przedstawia …mamusię. W końcu spełniło się moje marzenie, że ktoś kiedyś namaluje mój portret. Teraz jestem portretowana z taką pasją, niczym muza wielkich artystów. A portretów mam już tyle, że mogłabym wytapetować sobie nimi całe mieszkanie.

Jak już wspominałam kiedyś w którymś z wcześniejszych tekstów, obowiązkowe jest dla mnie spakowanie leków z rozpiską, jaki lek na co i ile dawkować, by dziadkowie w razie czego wiedzieli, co podać.

Dokumenty!!

To najważniejsza sprawa. Szczególnie w przypadku wyjazdu za granicę z osobami niebędącymi rodzicami. Ja zawsze wkładam do torby: dowód osobisty, paszport, europejską kartę NFZ, dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne w PZU i….AKT NOTARIALNY z tłumaczeniem, który potwierdza to, że pani W. jest wnuczką swoich dziadków i że wspólnie z mężem zezwalamy na jej wyjazd pod ich opieką. Do tej pory jeszcze nikt nie poprosił moich rodziców o okazanie tego dokumentu, ale na wszelki wypadek…przezorny zawsze ubezpieczony.

Torba podręczna ze środkami czystości, ubraniami na zmianę, jedzonkiem oraz ulubionym przytulakiem i książeczką.

I co? Walizka już spakowana. Teraz czekamy na akceptację babci…

Potrzebuje mniej?

Moi Drodzy Czytelnicy!

Minęło trochę czasu….

Weronika ma już skończone 3 lata. Nadal bardzo podróżuje, a mamę te podróże z małą dużą W już nie przerażają. No chyba, że to dłuższa wyprawa, np. do Chorwacji… Sądzę jednak, że niektórzy przed dalekimi wyjazdami i tak mają reisefiber niezależnie od tego, czy jadą na nie z dzieckiem, bądź sami.

Pamiętam nasze pierwsze wyjazdy – krótsze, czy dłuższe, ale im W. jest starsza, tym mniej maneli trzeba zabrać. Nie potrzebuje już wanienki, łóżeczka turystycznego, coraz mniej wózeczka, więc spakować jest się o wiele łatwiej. Co prawda miejsce wyżej wymienionych przedmiotów zajmują: rowerek, hulajnoga, „dmuchańce” do wody, zabawki do piasku i wiele wiele innych, ale myślę, że w samochodzie jest o wiele więcej miejsca niż przed trzema laty.

O czym nie należy zapomnieć wybierając się z dzieckiem w podróż? O niczym, co będzie nam potrzebne. A to już zależy od indywidualnych potrzeb każdego dziecka. Co na pewno trzeba zabrać? Duże zapasy napojów, ulubiony prowiant malucha oraz to, co jest niezbędne bezapelacyjnie i niezaprzeczalnie – lekarstwa. Może nie będą potrzebne i oby nie były! Jednak bez nich może być z goła nieciekawie.

Pogoria i Sosina

Lato niechybnie zmierza ku końcowi, wielkimi krokami nadchodzi jesień. Wakacje już się skończyły. Jednak przy pięknej pogodzie, jaka często się zdarza we wrześniu, by złapać ostatnie promienie słońca, warto wybrać się nad jakieś jeziorko.

 

Dobrze jeśli przy okazji będzie ono niezbyt brudne. No takie żeby po zamoczeniu w nim palca u nogi, nie odpadł nam. Najlepiej wybrać się nad zalew w najbliższej okolicy. Mój wybór padł na Pogorię w Dąbrowie Górniczej i Sosinę w Jaworznie. Blisko i w miarę czysto.

W jedną z wrześniowych sobót, by wygrzać zmęczone całotygodniową bieganiną kości, wspólnie z mężem udałam się nad Jezioro Pogoria. Tu muszę zaznaczyć, że ze względu na to, iż Pogorii jest kilka, trochę pogubiliśmy drogę, bo do każdego zalewu prowadzi inny dojazd. Nasza nawigacja zupełnie nie zdała egzaminu, choć sławny kierowca rajdowy za każdym razem się chwali, że z nim na pewno dojedzie się do celu i pozdrawia. Jechaliśmy przez jakieś doły, wertepy i leśne ostępy. Nasz wehikuł w ten weekend przeżył prawdziwą szkołę przetrwania. Tylko czekałam aż odpadnie mu koło, czy przydarzy się mu co innego. Po drodze mijaliśmy auto, które złapało  tak zwanego „kapcia”. – Pal licho samochód! – pomyślałam sobie – Jak ten rajd zniesie pani W.?

Po dotarciu na miejsce, znaleźliśmy się na mikroskopijnej porośniętej drzewami plaży. Rozłożyliśmy nasz kocyk na niemal czarnym piasku (tak brudnym). – Patrz, niczym plaża z piaskiem z pyłu wulkanicznego – powiedziałam do męża. – Nie trzeba nigdzie wyjeżdżać w egzotyczne kraje, by zaobserwować takie zjawisko. Wystarczy wypad do Dąbrowy Górniczej – zażartowałam. Mimo lekkiego obrzydzenia, jakim napawał nas ten piach, oddaliśmy się błogiemu lenistwu. To nic, że od czasu do czasu zajeżdżało ludzkimi odchodami. Byliśmy tak zmęczeni, że nawet ten swąd nam nie przeszkadzał. Pomyślałam sobie jednak, moja noga tam już nigdy więcej nie postanie. A humor zdecydowanie pogorszył nam fakt, jak nasze grillowane kiełbaski sturlały się z grilla prosto w ten „uroczy” piach. Umycie ich w jeziorze, nie było najlepszym pomysłem, wyszorowaliśmy je w wodzie mineralnej, choć ja kategorycznie oznajmiłam, że nie będę ich jadła. Do tego koło nas w piasku grzebała jakaś dziewczynka. Wkładała rączki do tego brudnego czegoś – ochota na jedzenie przeszła mi zupełnie. Kiedy nasze kiełbaski wylądowały w tym piachu ponownie, miałam już wszystkiego dosyć i chciałam wracać do domu. Przy okazji oberwało się także mojemu mężowi, że nie potrafi usmażyć mi kiełbaski i że na pewno wyskoczą mi jakieś parchy z tego piachu i że po co w ogóle tu przyjechaliśmy. Mój mąż wzruszył tylko ramionami i zabrał mnie do domu. Co miał zrobić? Biedak!

Niedziela znów przywitała nas pięknym słońcem. Siedzenie w domu przy takiej pogodzie , to byłby prawdziwy nietakt. Wsiedliśmy do auta i pojechaliśmy nad Sosinę do Jaworzna (Pogorii nigdy więcej!)

Piękny zadrzewiony teren wokół jeziora od razu mi się spodobał. Mogłam bezpiecznie plażować, nie martwiąc się, że pani W. na tym ucierpi. Plaża piaszczysta i trawiasta – jak kto woli. Woda czysta – choć ja i tak się nie kąpałam. Zapowiadał się miły wypoczynek. I taki też był. A co najważniejsze, że kiełbaski nie wpadły nam do piasku, bo koc rozłożyliśmy na trawie.

Zbiorniki wodne, które jeszcze znajdują się niedaleko Katowic i w których można się kąpać to poza Pogorią i Sosiną – między innymi Przeczyce oraz Chechło.

 

Promnice

 

Tym razem chciałabym polecić wycieczkę, która na pewno będzie niebywała atrakcją dla wszystkich miłośników polowań  i uroków, jakie niegdyś za sobą niosły łowieckie wyprawy.

 

Już od momentu, gdy przejeżdżamy przez bramę wjazdową, prowadzącą do myśliwskiego Zameczku w Promnicach (Książąt Pszczyńskich), wydaje nam się, że przenosimy się w czasy, kiedy to po tyskiej puszczy wraz ze swoją świtą polował książę pan.

Do Zameczku Myśliwskiego w Promnicach można dojechać z Katowic, przemieszczając się drogą ekspresową E75 (droga krajowa numer 86 – należy nadmienić, że ostatnimi miesiącami jazda nią to nielada wyczyn ze względu na żółwie tempo robót drogowych nawierzchni, czy licho wie czego tam jeszcze. Krótko mówiąc szczególnie w dni powszednie w godzinach szczytu lepiej omijać!) Z Tychów, jeśli jazdę rozpoczniemy już za rozkopanym fragmentem, dojazd do Promnic to około 15 minut.

To miejsce otoczone z każdej strony dzikimi ostępami leśnymi. Jeśli ktoś nie ma orientacji w terenie, lepiej niech nie zapuszcza się na samotną penetrację. Niechybnie się zgubi, a spędzenie nocy w takim otoczeniu z pewnością może przyprawić o szybsze bicie serca. Na szczęście może liczyć na wsparcie rowerzystów. Tamtejsze liczne ścieżki są przez nich oblegane (ale raczej za dnia). Niewątpliwie można jednak tam naprawdę odpocząć z dala od miejskiego zgiełku, poczuć więź z przyrodą i rozkoszować się widokiem pobliskiego jeziora. Pomimo upływu wielu lat zameczek zachował swój pierwotny wygląd z 1868 roku. Drewniane stropy, schody i podłogi pozostają w niemal nienaruszonym stanie. Co może dziwić, wszak w mieszczącej się obecnie w zameczku restauracji niezwykle chętnie organizowane są wesela, komunie i inne imprezy okolicznościowe.

Pomieszczenia znajdujące się na I i II piętrze zajmowała przed laty rodzina książęca i jej goście (teraz są to pokoje hotelowe).

Obejście dookoła obiektu zachwyca niepowtarzalną przyrodą i estetycznym schludnym wyglądem.

Przebywając z Promnicach można poczuć atmosferę zabaw dawnych książąt. Ja tak właśnie się czułam. Po długim spacerze po lesie wspólnie z mężem postanowiliśmy zajrzeć do zameczku, by posilić się w tamtejszej restauracji, a przy okazji zwiedzić zabytkowe wnętrza.

Już przy samym wejściu naszą uwagę przykuł „groźny” napis: „Zwiedzanie obiektu możliwe tylko z zewnątrz”. – Szkoda – pomyślałam, ale nie zniechęcona zakazem, stwierdziłam, że jednak spróbuję zajrzeć do środka. Pech chciał, że akurat wszystkie sale były zarezerwowane i odbywały się w nich imprezy. Nie zdążyłam nawet przekroczyć progu, gdy niczym dziki ryś, doskoczył do mnie kelner i niby bardzo uprzejmie fuknął: „Mamy rezerwację! Lokal zamknięty!” Siląc się na najpiękniejszy uśmiech, na jaki mnie stać i największą uprzejmość, przez zaciśnięte zęby wybąkałam: „O widzę, przepraszam”, po czym odwróciłam się na pięcie i wyszłam w myślach urągając „życzliwemu” i „szarmanckiemu” kelnerowi. W efekcie czułam się co najmniej jakbym zjadła cytrynę. Cóż, mieć przyjęcie z taaaaaaaką obsługą…”marzenie. Na pewno żaden intruz nie zakłóci wtedy biesiadowania. Pan kelner się o to postara. Oj, niczym lew rzuci się na każdego nieproszonego gościa.

Cały czar minionej odległej epoki hucznych polowań, zabaw i pikników pękł niczym bańka mydlana. Poczułam, że chcę z tamtąd jak najszybciej wracać, tym bardzie że byłam już bardzo głodna. Promnickie propozycje z karty dań, aczkolwiek bardzo wykwintne i kuszące, to są bardzo bardzo drogie. Uważam, że za drogie nawet jak na takie jedzenie i w takiej restauracji. W końcu to tylko Promnice – jakiś mały zamuś pod Tychami.

Być może ktoś kto odwiedzi Promnice będzie miał więcej szczęścia niż ja i nie natrafi na rezerwację lokalu. Wtedy na pewno kelner będzie się kłaniał w pas, polecając smakołyki myśliwskiego menu. Ponadto niekoniecznie trzeba tam jeść. Sądzę, że obiekt zyskałby na sławie i atrakcyjności, gdyby można go było zwiedzić w środku. Jasne, że obecne jego funkcje użytkowe – restauracja i hotel – mogłyby z tym nieco kolidować. Ale choćby raz w tygodniu obecni włodarze, mogliby taką uprzejmość uczynić. A jeśli nie to zawsze można zwiedzić go Z ZEWNĄTRZ! A szczególnie atrakcyjna będzie przejażdżka rowerem, bo ścieżek tam pod dostatkiem, dla każdego i nikt nas z nich na pewno nie wyrzuci.

Ulubiona siedziba Daisy

 

Zameczek Myśliwski w Promnicach został wybudowany w dawnej Puszczy Pszczyńskiej w 1861 roku, powstawał w latach 1760-1766. W 1867 roku w trakcie jednego z polowań obiekt spłonął. Rok później został odbudowany i w kształcie z 1868 roku zachował się do dziś.

Zameczek powstał dzięki Janowi Adamowi z Rodu Promniców, którzy wywodzili się z starośląskiej szlachty. Ród ten od 1548 roku władał Ziemią Pszczyńską. W połowie XIX wieku właścicielem Promnic został książę Jan Henryk XI Hochberg z Pszczyny. Zameczek Myśliwski szczególnie upodobała sobie żona Jana Henryka XI, Maria Teresa Cornwalis West, zwana Księżną Daisy. Lubiła odwiedzać myśliwską rezydencję i odpoczywać na łonie natury. Z wyjątkowym sentymentem wspominała organizowane z Promnicach rodzinne polowania i pikniki, a także wielkie wykwintne przyjęcia. Podobno tylko tu czuła się naprawdę szczęśliwa. Z wielką pasją oddawała się dekorowaniu zamkowych wnętrz, doglądała, by były odnowione i pięknie wyposażone.

Ponadto w promnickim zameczku bywali między innymi  król Prus Fryderyk, cesarz Niemiec Wilhelm II oraz car Aleksander II.

Myśliwska siedziba Promniców położona jest nad Jeziorem Paprocańskim w gminie Kobiór. Projekt wykonał nadworny architekt Promniców Jan Jahne z Żar koło Żagania, zaś wykonawcą tej prawdziwej prawdziwej  architektonicznej perełki został mistrz murarski Jan Dreisler i mistrz ciesielski Christian Fritze. Kamień, który wykorzystano do budowy zameczku czerpany był z kamieniołomu w Orzeszu. W budowli widać charakterystyczne dla niemieckiego budownictwa XIX wieku wpływy – na przykład mur pruski (rodzaj ściany szkieletowej o drewnianej konstrukcji zwanej też szachulcową lub fachówką – z niemieckiego Fachwerk -  wypełnionej murem z cegły, gruzu, czasem gliny i trzciny. Drewniana konstrukcja może być traktowana jako element dekoracyjny. Stosowany był w budownictwie mieszkalnym i gospodarczym głównie w Europie Północnej, w Anglii, Niemczech, Francji, Holandii, Danii i Szwecji. W Polsce tego typu budowle występują szczególnie na Kaszubach, na przykład Helu. Na terenie posesji promnickiego zamku znajdują się wozownia, stajnia  oraz leśniczówka – obiekty wzniesione w XIX wieku.  Obecnie w zameczku Hotel Noma Residence.